sobota, 17 września 2011

Awantura w sklepie, pożółkły Mateusz i smaczna kończyna dolna

Spotkała mnie dziś nieprzyjemna "przygoda". Robiąc zakupy w jednym z marketów (nie wiem czy to hiper czy super ten market), zaczepiła mnie pewna "pani". Jej stan wskazywał na spożycie niemałej ilości napoju wysokoprocentowego. Rzeczywiście miała prawo zwrócić mi uwagę, bo stałam przy stoisku z książeczkami, a wózkiem bujałam tak, że mogłam przeszkadzać w przejściu. Tyle, że ta kobieta zwróciła mi uwagę tonem bardzo agresywny to raz, a dwa, to już po tym jak przeszła z jednej strony wózka, na drugą. Oczywiście przeprosiłam, bo w tym temacie miała rację, że tarasuję przejście, ale dla tej kobiety to była woda na młyn. Oniemiała z zaskoczenia chwile słuchałam jej pijackiego bełkotu, po czym oświadczyłam
- Koniec tematu! Mogę z panią rozmawiać jak pani wytrzeźwieje!
- Jak to koniec tematu! co to znaczy koniec tematu- rozdarł się babsztyl - ty gówniaro, nie będziesz mi dyktować co mam robić
W trakcie jej słów ja zrobiłam tył zwrot i poszłam dalej mijając po drodze pracownicę marketu. Zatrzymałam się przy ręcznikach papierowych, patrzę a ta za mną leci i wyzywa mnie od różnych. Powiedziałam, żeby się ode mnie odczepiła, bo wezwę ochronę, a właściwie to podniosłam na nią głos, a ona dalej swoje. Trzęsąc się poszłam dalej i usłyszałam jak pracownica reaguje. Nie wiem co było dalej, ale faktem jest, że już tej kobiety nie widziałam, a także nie słyszałam. Ale co mi krwi napsuła, to moje. Z tego wszystkiego to zapomniałam co mam kupić i wyszłam ze sklepu jedynie z dwoma z misiami lubisiami dla małego. O ręcznikach papierowych przypomniałam sobie w połowie drogi powrotnej, ale już nie miałam ochoty się wracać.

Dziś także moją uwagę przykuł nienaturalny koloryt skóry mojego synka. Normalnie pożółkł mi chłopak. Mówię do M., że niepokoi mnie ta żółć, na co usłyszałam, że przecież opalony. Opalenizna opalenizną, ale jak u licha miałby dzieciak opalić podeszwy stóp (czy jak to się tam nazywa) Wobec obojętnej postawy M. i stwierdzeniu, że jak zwykle przewrażliwiona jestem, postanowiłam przedstawić sprawę Google. Hasło wrzuciłam i prawie natychmiast odpowiedź uzyskałam. Beta karoten! No jasne! Mati od dłuższego czasu dzień w dzień wypija Bobo frut, koniecznie w kolorze pomarańczowym, ewentualnie żółtym. i pije tego ilości znaczne. Zagadka wyjaśniona, ja uspokojona, dieta małego zmieniona, koloru pomarańczowego w sokach chwilowo brak. Co ja bym bez tych "gugli" zrobiła? Pewnie poleciałabym do lekarza, bo wyjaśnienie zbyt proste, abym na nie szybko wpadła.

A na koniec moja Wikuśka i jej wygibasy. Udało się dziecięciu memu wpakować sobie wreszcie paluch od nogi do buzi. A się na stękała i zmęczyła przy tym, że hej. Jak to się mówi "trening czyni mistrza", więc po kilku dniach "treningu" i moja córcia osiągnęła sukces. Widok bezbłędny, który udało mi się sfotografować. Niestety ujęcie średnio ciekawe, ale mała się zmęczyła i nie miała ochoty dłużej pozować z paluchem w swojej jamie ustnej i na tym jednym zdjęciu sesja się zakończyła.




5 komentarzy:

  1. Brawo dla Wikusi !!!
    Ja bez netu to też jak bez ręki, a co do tej przygody w sklepie to współczuję ci nerwówki.
    Pozdrawiam Kasia- Kordelia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo nieprzyjemna sytuacja, ale czego się spodziewać po nietrzeźwej osobie

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdjęcia super!!! Ja też czekam na ten moment gdy Amelka zacznie wcinać swoje malutkie stópki :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja w Twojej sytuacji chętnie mam ochotę po prostu "nawrzucać" takiej osobie ale muszę się w miarę powstrzymywać bo Kuba słucha! Brawa dla wiki!

    OdpowiedzUsuń

Zawsze chętnie przeczytamy co mają do napisania inne mamy :) Zapraszamy do komentowania