sobota, 31 grudnia 2011

No i znowu Sylwester

Kolejny rok minął jak z bicza strzelił. Generalnie był to dobry rok. Jedynie zmiana pracy jest tą zmianą negatywną. finansowo oczywiście. Poza tym najważniejsze, że ten rok wszyscy żegnamy w pełnym zdrowiu. Nawet Mati się wykaraskał i teraz z ciekawością spogląda przez okno jak "ścielają", bo przecież już jest głośno i kolorowo, bo młodzież ma problem z oczekiwaniem do północy.

Zatem na nadchodzący 2012 rok życzę wszystkim zdrowia, szczęścia, uśmiechu, realizacji postanowień i spełnienia marzeń. 

piątek, 30 grudnia 2011

A może tak fitness?

Od jakiegoś czasu, mój M. powiedzmy, że subtelnie i delikatnie, daje mi do zrozumienia, że...Tfu, kłamię, mówi mi wręcz wprost, że może tak na jakiś aerobik bym poszła, żeby tu i ówdzie wysmuklić i nadmiar kilogramów zrzucić. Ja bardzo chętnie. Ba, od razu bym biegła, ale na siłownię, bo ją lubię i nie muszę na konkretną godzinę tylko, jak się wyrobię. Już nawet kombinować zaczęłam jaki by tu sobie skompletować strój do ćwiczeń. Oczywiście żadne "Najki" czy "Riboki" w grę nie wchodzą z powodów finansowych, ale jakiś chiński krzak to bym sobie wzięła za jakieś 30 zeta. Strzelam z ceną, bo jeszcze się nie orientowałam. Tak czy siak myślę, że za 50-60 zł to sobie jakiś tam podkoszulek i spodnie skompletuję. Skarpetki i buty posiadam w stanie nawet dobrym, więc w nie inwestować nie muszę, bo to by opóźniło cały proceder. Buty to ja lubię mieć konkretne. I takowe są.
Oczywiście wizje i plany uczęszczania na owe zajęcia już snułam, tym bardziej, że M. z racji "martwego" sezonu częściej jest na miejscu, więc dziećmi by się zajął. Gdybym tak na przykład owo chińskie ubranko wzięła do pracy i zaraz po niej myk, myk na siłownię...Hmmm...ten plan mi się bardzo spodobał, ale...No właśnie, jest ale...Z tego wszystkiego zapomniałam, że piersią karmię, więc pójście po pracy na siłownię jest mało realne, a właściwie nierealne, chyba, że publicznie chciałabym się zalać własnym, osobistym mlekiem. Takowej chęci, ani potrzeby nie posiadam, więc plan muszę zweryfikować, tyle, że mi jakoś wtedy godzin brakuje do rozplanowania. W domu z pracy około 17:00 bym była, ssaka do piersi przystawiła, więc na ćwiczeniach to 17:40 najwcześniej mogłabym się pojawić. Wiki jest kąpana około 19:00, więc już musiałabym być w domu. Czasu zatem miałabym zbyt mało. Z tego co pamiętam z lat młodości, moja bytność na siłowni kształtowała się od 1,5 do 2 godzin..,Oj to były czasy...Teraz jestem jednak czasowo ograniczona, poza weekendem, ale żeby schudnąć to sobota, niedziela to za mało...Hmm...a może tak by się zmobilizować jednak w domu? Głupoty gadam, a raczej piszę. Dobrze wiem, że nic z tego, bo na siłowni nie ma komputera, a w domu i owszem. Zatem  zamiast na rowerek, który stoi dwa metry ode mnie, to klapię z dupskiem ...wiadomo gdzie. Przed komputerem. A od tego dupsko mi się zmniejszyć nie chce.

środa, 28 grudnia 2011

Zmieniłam

Od kilku lat, z uporem maniaka, który nie kuma co i jak, kwitnę, a właściwie kwitnęłam w sieci T-mobile. Ostatnio skończyła mi się umowa (miałam na doładowania), więc zaczęłam intensywnie przeglądać oferty innych sieci...Doszłam do wniosku, że ciemna masa ze mnie, bo te oferty wydają mi się niemal identyczne. Postanowiłam zatem pójść i pogadać z ludkami w punktach sprzedaży, może mi co w tej głowie rozjaśnią. Nie rozjaśnili, ale pan z Play był najbardziej przekonujący, żartobliwy i nie tracił cierpliwości słuchając moich pytań. I dlatego przeszłam do Play i dostałam smartfona (cokolwiek to jest) za 1 zł "HUAVEI  Ideos U8500"
Zadzwoniłam do mamy w celach pochwalenia się i pierwsze jej pytanie było o ten smartfon właśnie. Co to jest?  No cóż, nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, ale w najbliższym czasie przekopię sieć i na pewno będę mądrzejsza w tym temacie. W każdym razie ten smartfon wygląda jak telefon i z tego co wiem gadać się przez niego da, a o to właśnie chodzi. Resztę funkcji, z czasem mam nadzieję, rozgryzę.
A to mój nowy telefon :)



P.S.
Poczytałam w internecie opinie. No cóż, nienajlepsze...Ups! Ale ja to właściwie do rozmów i sms-ów używam, więc przeżyję jego "badziewatość" (jak to w jakiejś opinii przeczytałam).

wtorek, 27 grudnia 2011

Przesąd, zabobon?...Mam nadzieję, że tak!

Od kilku dni myślę. Oczywiście myślenie nie jest u mnie stanem wyjątkowym, wprost przeciwnie. Czasami myślę wręcz za dużo o wszystkim i o niczym, ale od kilku dni myślę o prezentach, a właściwie o jednym konkretnym. O portfelu, którego podarowałam mojemu M...
Strasznie mi się ów portfel podobał i maiałam nadzieję, że mojemu M. spodoba się również. Jednakże jego komentarz zbił mnie z nóg. Portfel i owszem mu się spodobał, ale mniej jego zawartość, a raczej jej brak. No bo skąd ja miałam do cholery wiedzieć, że się pustego portfela nie daje, że choć grosik, a powinien być, bo inaczej biedę i nieszczęście sprowadzić na obdarowanego można...Żyję na tym padolu lat prawie czterdzieści i nie słyszałam o takim przesądzie. No i stało się...wizja biedy, głodu i ubóstwa niemalże spędza mi sen z powiek...choć z drugiej strony skąd się taki przesąd wziął i kto go wymyślił? A jak już się ten nieszczęsny portfel pusty podarowało, to jak urok odczynić? Przecież to bzdura jakaś! Ale ziarnko niepokoju zasiane...
Że też ja wujcia Google wcześniej nie zapytałam jakich prezentów lepiej nie dawać, ale mnie do głowy nie przyszło, że coś robię nie tak...
Tfu...na psa urok!

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Nieee...znowu!

Ja stanowczo protestuję!!! Mam dość pałętających się wszem i wobec wirusów, bakterii czy innych, równie upierdliwych zarazków. Wikusia wprawdzie "jedynie" zasmarkana, ale Mati...dopadła go w nocy gorączka 38,9, a około 13:00, mimo podawanych leków, było 39,9 st.! Przeraziłam się nie na żarty. Zrobiliśmy Młodemu okłady z chłodnych pieluch tetrowych i dostał dawkę ibuprofenu. Przeszło, na około 5 godzin. Po 18:00 już miał 38,9. Ponownie dostał Ibalgin...
Przy gorączce powtarza, że go boli ucho, także jutro znowu czeka nas wizyta u lekarza...biedny ten mój synuś. Przez ostanie trzy miesiące choruje non stop, a wcześniej nawet nie wiedzieliśmy co to przeziębienie. Katar może miał ze trzy razy...Eh

niedziela, 25 grudnia 2011

Świątecznie

Wszystkim zdrowych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia życzę. U nas czas lenistwa nastał, bo mimo, że na Wigilii u moich rodziców, to żarełka u nas tyle, że tylko jeść. Spalić nie ma jak, bo pogoda tak zgniła, że nawet nie chce się wychodzić, w obawie o załapanie jakiejś infekcji.
Wystroiłam wczoraj moje maluchy do dziadków, ale u nich tak gorąco, że Mati niemalże od progu ściągnął koszulę i w podkoszulku buszował, a małą rozebrałam chwilkę później, więc w bodziakach przy stole Wigilijnym była:)
Wydaje mi się, że otrzymane prezenty zadowoliły wszystkich. Ja otrzymałam kolejną książkę, z ukochanej przeze mnie serii Nocni Łowcy "Pocałunek nocy"


oraz wodę perfumowaną Lolita Lempicka

Mrruuuu...woda obłędnie pachnąca. Dodatkowo dostałam jeszcze zestaw kosmetyków Dermiki.Także Mikołaj trafił idealnie w moje gusta.
Dzieciom prezenty Gwiazdor z lekka zmodyfikował i tak Wikunia dostała inną lalkę, a Mati zamiast auta grę zręcznościową. Myślę, że na tej modyfikacji dzieci skorzystały.
Dzień wczorajszy był jakiś zwariowany, mimo, że to nie u nas była organizowana Wigilia, to jakiś taki chaos organizacyjny zapanował. Eee, co ja udawać będę, chaos jest u nas normą. Nie inaczej zatem było wczoraj. Tempo z lekka czas zwolnił podczas wieczerzy, a potem...znowu chaos, bo ogólne rozpakowywanie prezentów, więc harmider spokój zastąpił. Ogólnie było wesoło, a jedynym zgrzytem był...aparat. Zdjęcia wyszły bardzo kiepskiej jakości i nie wiem czemu. Pół zdjęcia wyraźne, drugie pół  jakieś strasznie jasne i niewyraźne przez to. Większość fotek zatem do wykasowania i przez to jestem trochę zła.
Jakieś jednak zostały i kilka wrzucam






Mimo świątecznej i wesołej atmosfery, kogoś mi brakowało. Mojego braciszka. Nie wiem o co i dlaczego się na mnie pogniewał i co ja takiego złego zrobiłam, że od kilku lat nie chce utrzymywać ze mną kontaktów...Może gdybym wiedziała to byłoby mi łatwiej zrozumieć...Kiedyś , mimo dzielącej nas różnicy wieku, byliśmy świetnym rodzeństwem i mieliśmy ze sobą wspaniały kontakt...Teraz nie mamy w ogóle...I bardzo mi przykro z tego powodu. Brakuje mi go na co dzień, a teraz, w ten świąteczny czas, szczególnie. Wesołych Świąt Bratku!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ponoszę porażki...

Dopadł mnie mega dół. Mam wrażenie, że wszystko co robię to spieprzę. Nie jestem ani dobra mamą, ani partnerką, o tzw. pani domu to nawet nie wspomnę.
Najbardziej mnie boli jednak fakt, że nie radzę sobie z synkiem. Z jego histeriami, agresją, złością...Dziś, krótko po przyjeździe ojca z trasy Mati wpadł w taką histerię, że nie mogłam go opanować. Trwało to jakieś 30-40 minut. Zaczęło się od kąpieli, bo młody kąpać się nie chciał...Chciał, nie chciał, potem to co wcześniej nie chciał, chciał...Najpierw cierpliwie go przekonywałam, potem głos miałam ostrzejszy, żeby się przez jego ryk przebić...Na siłę wyciągnęłam go, już umytego (również na siłę) z brodzika, bo stał, trząsł się z zimna, a wyjść nie chciał...Zaniosłam owiniętego ręcznikiem do jego pokoju, którego od jakiegoś czasu nie toleruje, a wieczorami wręcz się boi w nim przebywać, zwłaszcza po ciemku. Zostawiłam go tam przy zapalonym świetle i otwartych drzwiach aby się uspokoił...a gdzie tam, było coraz gorzej...W końcu zareagował M. przeniósł go do innego pokoju i zaczął ubierać (oczywiście Mati dalej ryczał, bo chciał, żeby mama go ubierała), ale wtedy już był ignorowany. Nie wiem co się stało, bo mnie z nimi nie było, ale podejrzewam, że przy ubieraniu spodni od piżamy, rozhisteryzowany Mati kopnął ojca...Dostał w tyłek.i...momentalnie się uspokoił. Za to ja, skoczyłam na M., że mu nie pozwalam na bicie dzieci itd. itp. od słowa do słowa padło trochę przykrych słów...Jest mi teraz źle. Bo nie umiem dotrzeć do synka, nie umiem nad nim zapanować i nie mam nawet na to pomysłu. Źle mi, bo mimo, że wiem, że M. nie powinien małego uderzyć, to jednak nie powinnam na niego wrzeszczeć przy dziecku, bo mały to obserwuje. Jestem niemalże pewna, że własnie fakt, że pokłóciliśmy się przy małym, i że podważyłam jego zachowanie przy dziecku, spowodowało takie, a nie inne zachowanie M.
Obiecaliśmy sobie, że będziemy tworzyć wspólny front, żeby nie ogłupiać dzieci, a nieporozumienia wyjaśniać między sobą później. I to była taka własnie sytuacja. Powinnam zapanować nad sobą i dopiero później wyjaśnić z M. to co się stało... Powinnam, ale postąpiłam inaczej i mi źle z tym. Jejciu, jak to wszystko ogarnąć i nie zwariować?

sobota, 17 grudnia 2011

Upierdliwa?

Jakiś osioł, a raczej oślica w osobie kadrowej (w zasadzie całkiem sympatyczna pani) wymyśliła szkolenie z BHP na tydzień przed świętami. Nie wiem jak inni, ale ja mam prawie nie posprzątane, nie licząc przemytych przez M. okien, wypranych dzięki temu firanek i zmienionej pościeli. Reszta leży i kwiczy i czeka, aż mi się zachce coś z tym fantem zrobić, albo jak znajdę czas. A najlepiej żeby obie te rzeczy zsynchronizowały się  w czasie.
Wspomniane szkolenie odbywało się w centrali czyli prawie 100 km od domu. Oczywiście musieliśmy pożyczyć auto, bo inaczej byłby problem, aby do centrali się dostać. Z początku  zarówno Wika, jak i Mati mieli zostać z babcią. Jednakże M. zadecydował, że Młody jedzie z nami. Zatem pojechaliśmy we trójkę. Pogoda kiepska. Lało i wiało, więc przez większość czasu zastanawiałam się co chłopaki w taką pogodę robić będą. M. zapytany odpowiadał, że wziął parasol i z małym będą spacerować. Akurat! Wierciłam mu dziurę w brzuchu, ale nie zmieniał wersji planowanych zdarzeń.
Szkoleniowiec od BHP wykazał się zrozumieniem i skrócił szkolenie do niezbędnego minimum. Po niecałych dwóch godzinach byłam zatem już po...A gdzie moje chłopaki? Ano w sali zabaw dla dzieci. Tatuś doskonale wiedział jak zorganizować czas dziecku, zatem moje troski okazały się nieuzasadnione. Ale inaczej nie byłabym przecież sobą.
Wyciągniecie  naszego pierworodnego z sali z kulkami i innymi atrakcjami okazały się niezłym wyzwaniem. Przekonać się dał jak mu obiecałam, że kupimy...frytki. Wiem, wiem, to niezdrowe, a moje postępowanie niepedagogiczne, ale innych pomysłów na ten czas było brak. Ważne, że poskutkowało i dziecię me bez oporów pomaszerowało z nami do auta.
W drodze powrotnej zajechaliśmy zatem do McDonalda czy McDrivera czy jak to zwał, w każdym razie nie wysiedliśmy z samochodu. Oprócz frytek zamówiliśmy również shake'a truskawkowego, którego uwielbiam. Przy płaceniu pani jeszcze potwierdzała zamówienie, a przy odbieraniu okazało się, że shake  jest tylko waniliowy.No zjeżyłam się na maksa! Nie znoszę waniliowego! Ewentualnie mógłby być czekoladowy, ale waniliowy...blee. Oczywiście musiałam skomentować, bo gdybym wiedziała, to nie brałabym wcale. Logiczne przecież. M. się na mnie wkurzył, że fochy strzelam i sam tego waniliowego wypił. Dla mnie to naciąganie ludzi, a że kobieta ze mnie to jeszcze trochę sobie po drodze "pogadałam" w tym temacie, rozkładając bezczelność pracownicy Maca na czynniki pierwsze. To usłyszałam, że upierdliwa jestem. Ja, upierdliwa? No może troszeczkę.

piątek, 16 grudnia 2011

Nie trzeba było tak długo czekać

Nie tydzień, a jeden dzień wystarczył, aby zauważyć znaczną poprawę w samopoczuciu u Mateusza. Już po jednej tabletce Singulair dla dzieci kaszel z męczącego, suchego zmienił się w "mokry", a jego częstotliwość zmalała do kilku kaszlnięć na dobę. Jupii!!!! Małemu zatem wrócił psotny humor, a przede wszystkim apetyt! Nie wiem czy nadrabia jedzeniowe zaległości, czy jak, ale bez przerwy buzią miele, jakiś taki nienażarty się zrobił i, co ciekawe, zaczął jeść również owoce w ilościach znacznych. Jupii!!! Strasznie się cieszę, że mój synuś wrócił do normalności.
Za to u Wiki sama odstawiłam Drosetux, bo po nim miałam wrażenie, że więcej kaszle. I w sumie dobrze zrobiłam, bo sama znakomicie sobie z tym kaszlem radzi, bez dodatkowych wspomagaczy.
Jak widać nie zawsze syrop służy. Zresztą lekarka, u której byłam z Matim sama stwierdziła, że syropy niekoniecznie pomagają, ale za dużo na ten temat od niej się nie dowiedziałam, bo mnie bardziej interesowało lekarstwo skuteczne, a to nieskuteczne interesowało mnie jakby mniej, albo i wcale.

Z "niułsów" poza zdrowotnych, to moja Wikusia została królową...Babcia zafundowała jej tron w postaci krzesełka do karmienia, więc mała spogląda z ciekawością z wyższego poziomu na świat, a na brata swego to nawet z góry zerka. Braciszkowi fakt ten niekoniecznie przypadł do gustu, bo zaczyna kombinować, jakby się tu na te wyższe poziomy również  wdrapać. Stwarza to nawet groźne sytuacje, bo wiadomo, że krzesełka okrojony kilogramowo "udźwig" mają. Zatem wzmożona czujność nadal obowiązuje, zresztą nigdy obowiązywać nie przestała ze względu na pomysłowość Młodego względem siebie i siostry.



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dzięki Bogu

Dzięki Bogu nie jest źle. Mam na myśli oczywiście moje kaszlące dzieciaczki. Wikunia dzisiaj nadrabiała humorem cały wczorajszy dzień, ponowny wymiotów u niej nie zanotowałam, ale mimo to do lekarza sięudałyśmy. Troszkę zaczerwienione gardełko, a kaszel może być od kataru, więc niewielkie dawki pulneo i drosetuxu dostała, a na gardełko Tantum Verde.
Po południu udałam się natomiast z Jaśnie Panem Mateuszem, który z racji tego, że jemu się chciało spać, a ja mu nie pozwoliłam, bo do lekarza czas był, to się obraził. nie tylko na mnie, ale i na cały świat. Pani doktor badając go, kazała mu mocniej oddychać, ale on oddychał "omdlewająco", bo po co miał się wysilać, skoro obrażony. Dopiero po kilkukrotnych prośbach i namowach łaskawie wykonał polecenie. Tak czy siak nic złego z nim się nie dzieje, kaszel może mieć różne podłoże, od żłobkowych infekcji, przez zdiagnozowana w dzieciństwie alergię, po robale. Prawdopodobną też przyczyną może być katar. Dostał leki na kurację dwumiesięczną i...tyle. Mam się nie martwić. Źle nie jest. Uff...wiadomo, ze odetchnęłam, ale nadal tego koszmarnego kaszlu słuchać nie mogę. Efekty widoczne, a raczej słyszalne mają być po tygodniu. najwcześniej.

niedziela, 11 grudnia 2011

Matczyne troski

Nie miała baba problemów to sobie dzieci narobiła! Usłyszałam dziś ten tekst z ust mojego M., aczkolwiek to płeć męska była w treści. Obruszyłam się na te jego słowa, ale tak naprawdę są one prawdziwe, tym bardziej jak dzieci niedomagają, a ja nie mam pojęcia co im jest!
Zaczęło się od pójścia Mateusza do żłobka. Od tamtej chwili co i rusz jakiś paskudztwa przynosi do domu. Wikusia raczej trzyma się dzielnie, ale Mati już niekoniecznie, bo męczy go kaszel. Od kilku dni strasznie uporczywy, suchy, doprowadzający wręcz do wymiotów. Żadne syropy nie pomagają, więc zapadła decyzja, że w miniony piątek, prywatnie do lekarza pneumonologa i alergologa zarazem udać się z pierworodnym trzeba. A, że lekarz przyjmuje od 16:00, więc spokojnie po pracy mogłam iść. Nie wypaliło! A czemu? A, bo mnie niemoc dopadła w postaci jakiejś jelitówki, biegunki, rozwolnieniu czy sraczki...Jak zwał tak zwał. Między 7:00, a 9:00 rano byłam stałym i niezwykle częstym gościem w toalecie. Kiedy jako tako się uspokoiło, to ległam w wyrze marząc o drzemce. Na szczęście mama była i dziećmi się zajęła, bo ja nawet nie ryzykowałam wyjścia z Matim do żłobka. Sen mnie troszkę wzmocnił, na tyle, że do lekarza się udałam w celach leczniczych oraz uzyskania papierka, zwanego popularnie L-4, do pracy.
Ze względu na mą słabość, do lekarza z małym już nie poszłam, za co mnie się nawet od M. oberwało. No nie rozumie chłop, że ja ledwo na nogach stałam, a najlepsza dla mnie dnia tamtego pozycja, to leżąca, bo najmniej skutków ubocznych przynosiła. (dla wyjaśnienia M.  w tym czasie był kilkaset kilometrów od domu, bo inaczej sam by do lekarza z synkiem poszedł)
Z kaszlącym Mateuszem do lekarza wybieram się zatem jutro. Mam nadzieję, że żadne niespodziewane wydarzenia zaplanowanej wizyty nie zakłócą. Dlaczego mam nadzieję? Bo niestety dziś z Wikunią nie najlepiej. Od rana jakaś markotna i nieswoja, choć zabawić się dawała. Miała zwiększoną ochotę na sen. Zaniepokojona mierzyłam temperaturę, ale w granicach 37 st. się utrzymywała. Około 16:00 zwymiotowała po raz pierwszy, a przed 19:00 po raz drugi. Teraz śpi. Słaba herbatka w pogotowiu, a ja latam średni co 10 minut sprawdzam czy wszystko ok. I się zastanawiam, co się do cholery z moimi dziećmi dzieje??? Jak im pomóc??
Czy może sprawca są robale? Tydzień temu zauważyłam w nocniku u Mateusza, jakiegoś białego robaka. Oczywiście szybko do lekarza na dyżur i Mati dostał leki, ale pasożyt dokładnie nie sprecyzowany, bo wcześniej wykonane kałówki niczego nie wykazały. Lek zatem podany przez lekarza "na oko" z naszego opisu. Za dwa, trzy tygodnie powtórzymy badania i na morfologię i dla odmiany pewnie zrobimy wymaz.
I może Wikusię też pasożyty zaatakowały? Albo moja jelitówka? Albo lek, który podczas kuracji antybiegunkowej zażywałam? Wprawdzie lekarza uprzedziłam, że karmię i niby lek ten się nie wchłania, ale w ulotce napisane, że nie należy matce karmiącej owego leku podawać. Czytałam różnych opinii w internecie całkiem sporo, po których bardziej zgłupiałam niż zmądrzałam i nadal nie wiem, czy ten lek mógł mojemu dziecku zaszkodzić czy nie, bo jest w necie również informacja, że nie przeprowadzono badań.
Oczywiście teraz sobie zarzucam, że przecież mogłam ją karmić butelką, a nie cyckiem...Tyle, że co mi teraz po kajaniu się, kiedy zło stało się i tylko się modlić, żeby na tych dwukrotnych wymiotach się skończyło.
Tak czy siak, z małą jutro do rodzinnego rano pobiegnę, żeby jej zrobić jakieś wymazy na pasożyty paskudne, żeby w razie co robactwo wytępić.
No i czy dzieci to nie problem??? Ano problem! Jednakże życia bez nich już sobie nie wyobrażam!

wtorek, 6 grudnia 2011

Mamy ząb!

Wprawdzie zębów  w naszej rodzince raczej pod dostatkiem, jedynie na ich brak mogła narzekać najmłodsza nasza pociecha, czyli Wikusia. Jednakże od wczoraj, młoda dołączyła do grona ssaków zębiastych. Wprawdzie z jedną sztuką w paszczęce, ale zawsze...Wydarzenie to zameldowała mi mama telefonicznie, która ten ząb znalazła, a raczej wystukała łyżeczką, karmiąc wnusię zupką.
Po przyjściu zatem z pracy do domu, postanowiłam naocznie przekonać się, że ów ząb faktycznie jest. Rozdziawiłam zatem córci delikatnie szczęki, po czym ujrzałam...jęzor. Mała za każdym razem wytykała mi język i za nic nie chciała się nowością znajdującą się w jej jamie ustnej pochwalić. Troszkę byłam rozczarowana tym faktem, a babcine "Widziałaś? Widziałaś już?" tylko mą frustracje potęgowały. Postanowiłam zatem porządnie kończyny górne wymyć i jak nie mogłam zobaczyć, to chociaż poczuć chciałam. Wyczułam! Potwierdzam, ząb jest! Dolna jedynka! Tylko jeszcze nie umiem sprecyzować czy lewa czy prawa, bo jej nie widziałam.
Na koniec kilka fotek mojej zębatej już córeczki:



niedziela, 4 grudnia 2011

Pod choinkowe pomysły.

Czas pędzi jak oszalały, toć zaraz Święta Bożego Narodzenia. Tym razem pomysły na prezenty zrodziły się w mej głowie znacznie wcześniej niż dzień, dwa przed Wigilią. Zaplanowałam zatem dla mojego M. portfel: Camel Activ




Mam nadzieję, że się mojemu M. spodoba, bo alternatywy brak. Mojemu tacie kupiłam już sweter. Cieplutki, z półgolfem, zapinany na zamek. Klasyczny. Konsultowałam telefonicznie z mamą, która podniosła mi ciśnienie na wieść o pomyśle prezentu dla taty i rzuciła hasło, że ona mi podpowie co tacie potrzebne. Oczywiście nastawiłam z ciekawością uszy, po czym usłyszałam, że...filcowe kapcie. Mamo, czy ty sobie ze mnie żarty robisz? - spytałam. Po czym, siląc się na spokój, powiedziałam, żeby sama taki prezent tacie zrobiła. No wiecie co. Poczułam się urażona.
Dla mamy zaplanowałam kurtkę zimową, a że ona ostatnio na dukanie schudła,ale mimo wszystko ma złą postawę, czyli garbi się i ma wystający brzuch, no to ten prezent muszę kupić z aktywnym udziałem mojej mamy, bo musi kurtki mierzyć. Co mama na to? Wykręca się ile może, bo przecież ciocia dała jej kurtki po sobie i ona jakoś zimę w nich przejdzie. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że wygląda w jednej źle, a druga jest typowo jesienna. Dziś właśnie  powiedziałam mamie co myślę o tych jej wykrętasach, i że jest mi przykro, że od siostry bierze, a ode mnie nie chce przyjąć prezentu. Chyba ją trochę ruszyło. Zobaczymy.

Dla Mateusza wahamy się pomiędzy ukochanym przez niego pojazdami wszelkiej maści i gabarytów, jak np.


bądź laptopem edukacyjnym. Ale jakim, to do końca pomysłu brak. Może taki?

Od babci dostanie książkę z jakimiś opowieściami czy bajkami. W tym wypadku babcia poszła na łatwiznę i dała pieniążki, a prezent mamy kupić my:)

Wikunia natomiast od babci dostanie lalę:

a my planujemy zakupić taką żyrafkę:

Jak Wam podobają się pomysły na prezenty? Podzielcie się swoimi pomysłami, bo ja z gatunku ciekawskich jestem :))










piątek, 2 grudnia 2011

Znowu zmiany

Rzadko piszę, bo wracam wypompowana z pracy. Przeczytam tylko kilka wpisów na Waszych blogach i padam na pyszczek. Nawet czasami nie umiem sklecić sensownego komentarza.
Dziś podjęłam decyzję, że dalej szukam pracy. I nie chodzi o to, że aktualną pracę straciłam. Tyle, że dziś została zwolniona nowa pani dyrektor, stara została zastępcą dyrektora, a dyrektorem zaś ma być osoba z innego oddziału i innej miejscowości jednocześnie. Tym samym stara dyrektora ponowne zostaje naszą przełożoną. Nie mogłyśmy w o uwierzyć. Ja to jeszcze ja, ale pozostałe dziewczyny popłakały się na wieść o ponownych zmianach. Jedna z nich nawet skomentowała, że to już nie będzie praca, tylko jakiś koszmar. Jestem zbulwersowana zachowaniem prezesa. Oczywiście nie mamy na nic wpływu, ale to co się stało jest po prostu chore. Atmosfera zatem będzie co najmniej niesprzyjająca dalszej nauce i pracy, a za płacę jaką mi zaproponowano nie mam zamiaru żyć w wiecznym stresie. Tak naprawdę, nie bawiąc się w delikatności, jestem wkur...na na całą, zaistniałą sytuacją. Tym bardziej, że nowa dyrektorka dała się poznać z bardzo fajnej strony jako człowiek i konkretnymi działaniami  jako dyrektor. Czyżby ktoś chciał pokazać Żmiji (czyt. stara dyrektorka) kto tu rządzi i, że zawsze można spaść ze stołka? Nie wiem, żaden sensowny i konkretny powód nie przychodzi mi do głowy.

sobota, 26 listopada 2011

Wrażenia

Dwa tygodnie pracy minęło i mogę sie pokusić na małe podsumowanie wrażeń. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tylu wydarzeń i to takich. Pierwsze dni w pracy ...nudziłam się jak mops. A dlaczego? Ano dlatego, że dostałam przykaz czytania uchwał, regulaminów, instrukcji ...etc. etc. Dnia trzeciego spytałam dyrektorkę kiedy dostanę swoje hasła do systemu, to usłyszałam, że jak już będę w tym systemie biegła. W pierwszej chwili pomyślałam, że żartuje, ale mina jej była jak najbardziej poważna. Zaczęłam zatem zastanawiać się, czy ową wymaganą biegłość uzyskam do końca okresu próbnego, bo pozostałe koleżanki miały tyle pracy, że mogły mnie "wpuścić" do systemu tylko na chwilę. Chwila ta jednak była zbyt krótka, żeby coś konkretnego z tego wynieść. W międzyczasie dowiedziałyśmy się, że w Centrali szkoli się dziewczyna, na podobne jak my stanowisko (mam na myśli siebie i pozostałe koleżanki), która miałaby pracować u nas. Dziewczyny zaczęły bać się o pracę, bo dyrektorka nabrała wody w usta i nie chciała nic wyjaśnić. Tym samym zachowanie jej potęgowało obawy.
Szkoląca się dziewczyna, na prośbę kadrowej, podrzuciła mi umowę i co się okazało? Że to ta sama babeczka, z którą gadałyśmy przed rozmową kwalifikacyjną. Przynajmniej jakaś znajoma twarz. Mimo próby wypytania jej, to widać było, że wiedziała niewiele więcej niż my.
W miniony poniedziałek pojechałam z dyrektorką na szkolenie. I tam bomba pękła. Okazało się, że i owszem,  nastąpiła zmiana...na stanowisku dyrektorskim. Ale numer! Największą radochę miały dziewczyny, ponieważ, ich zdaniem,  poprzednia dyrektorka stosowała mobbing, a przez ostatni tydzień jedynie hamowała się w mojej obecności. Oj nasłuchałam się o niej, nasłuchałam. Cieszę się zatem, że ze stanowiska poleciała, zanim ja miałabym mieć przez nią jakieś przykrości. Co ciekawe mimo degradacji, w pracy pozostała, więc atmosfera w tej chwili jest średnio ciekawa. A nowa pani dyrektor? Jak na te kilka dni jako nasza przełożona, pokazała się z jak najlepszej strony. Konkretna, ale słucha również co ma do powiedzenia pracownik. Hasła i loginy załatwiła w jeden dzień dla mnie, więc wreszcie mogę powiedzieć, że pracuję. Nauki przede mną dużo, ale już nie na sucho. Kto by pomyślał, że w nowej pracy będę świadkiem taakich wydarzeń.

P.S Przypominam o klikach na banerek Eucerin. Dzięki nim jestem w rankingu nagradzanym kosmetykami, ale cały czas potrzebuję klików, żeby się utrzymać. Za wszystkie głosy z góry bardzo dziękuję.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kozaki- czy to jakiś problem?

Moje stare kozaki przeżyły trzy sezony i dogorywały. W związku z tym postanowiłam zakupić nowe. Wygospodarowałam pieniążki i ruszyłam...Jeden sklep, drugi, trzeci, piąty...Sklepy w innym mieście i bulba. Kozaków brak. Kłamię, właściwie to są i to mnóstwo jest, ale nie dla mnie! Ja nie mam 180 cm wzrostu i smukłych łydek. Jestem z metra cięta, a moje łydki, delikatnie mówiąc są masywne. Czy w związku z powyższym mogę tylko pomarzyć o długich kozakach, które mogłabym założyć do spódnicy? Aha, i jeszcze wymyśliłam sobie, że chcę na obcasie. A co by nie. Chciałam troszkę się wydłużyć, by sprawić wrażenie że jestem szczuplejsza niż naprawdę jestem i wyższa i tym samym nogi moje miałyby również zyskać na smukłości. Ale sobie wymyśliłam, no! Jakieś na płaskim obcasie, dla babci może i bym znalazła i nawet wcisnęła w nie moje kończyny dolne, ale ja nie takie chciałam! Ja chciałam na obcasie i to jeszcze, żeby ten obcas nie był szpilką. Szukałam i szukałam i już straciłam nadzieję W piątek, po przyjściu z pracy zauważyłam, że odpada podeszwa w starych kozakach i już było jasne, że kozaki MUSZĄ się znaleźć. Ruszyłam zatem, zdesperowana, w sobotę na miasto. Mój M. dodał mi jeszcze parę groszy, bo może znalazłabym coś na siebie, ale kosztuje drożej niż sobie postanowiłam. I miał rację, trzy sklepy obeszłam, we wszystkich wcisnęłam łydki w trzy pary butów, a zakupiłam najtańsze, bo "zaledwie" 349,99 zł zapłaciłam. Pozostałe droższe były. Masakra! Mam nadzieję jednak, że moje nowe buty, co najmniej na trzy sezony starczą, bo to w końcu Lasocki w CCC zakupiony.

P.S. Przypominam tym co mogą i chcą  link do głosowania, gdzie mogę wygrać kosmetyki, ale potrzebuję "wcisnąć" się w ranking. Głosować można co 5 minut klikając albo w link TUTAJ, albo na banerek po prawej stronie. Z góry dziękuję za każdy głosik, który jest na wagę złota.

niedziela, 20 listopada 2011

Wielka prośba!

Prośba wielka do wszystkich. Biorę udział w konkursie na wizaż.pl. Do wygrania kosmetyki Eucerin Dermopuryfier. Klikajcie proszę na banerek i pomóżcie mi wygrać. Będę bardzo wdzięczna!

środa, 16 listopada 2011

Na wariackich papierach

Tyle się ostatnio dzieje, że nie mam czasu nawet się podrapać w cztery swoje litery. Od 15.11.2011 podjęłam pracę, czyli równy miesiąc po zakończeniu poprzedniej pracy. Nie przypuszczałam, że uda mi się tak szybko. Jedyny minus tej pracy, który zauważyłam do tej pory to niestety płaca. Jednakże po przemyśleniu doszłam do wniosku, że w dobie kryzysu nie ma co wybrzydzać, a jak znajdę lepszą to zawsze mogę się zwolnić. Póki co pracuję tutaj, gdzie pracuję.
Szczerze mówiąc, myślałam, że bardziej będę się stresować pierwszymi dniami  w nowym miejscu. Okazało się, że całkiem spokojnie przez pierwsze chwile przebrnęłam. Chyba jestem już zaprawiona w boju. Poza tym atmosfera wydaje być się całkiem fajna jak na pierwszy "rzut oka".
Bardziej natomiast stresuję się sytuacją domową, bo dzieci, a zwłaszcza synek, z jednej infekcji wychodzi, a w drugą  włazi. Był aż dwa dni w żłobku, a dziś wstał z zaropiałym okiem lewym, wściekle suchym kaszlem,  stanem podgorączkowym i oczywiście katarem, który ciągnie się i ciągnie. Zauważyłam również, że Mati gorzej słyszy. Wiki, dla równowagi chyba, miała zaropiałe oko prawe. W życiu wcześniej takiej sytuacji nie przeżyłam, więc w pierwszym momencie przestraszyłam się nie na żarty. Oczywiście popołudniu zaliczyłam lekarza. U Wikuni to prawdopodobnie konsekwencja ciągnącego się kataru od półtora miesiąca, a Mati ma zapalenie spojówek i infekcję gardłowo- nosową. Pogorszenie słuchu może być właśnie tą infekcją spowodowane. A, że nasłuchałam się czym może się przedłużający katar u dzieci zakończyć, to postanowiłam na zimne dmuchać i w dniu jutrzejszym oboje z tatą idą do laryngologa. Prywatnie, bo na NFZ to dwa tygodnie czekać trzeba, a i opinie o lekarzach niezbyt zachęcające do wizyt.
w tym wszystkim moja mama, której przypadło pilnować wnuczki, bądź wnuków w zależności od potrzeby. Dwa dni pracuję, a ona już narzeka. Dzisiejszego ranka ścięłam się z mamą mocno, bo jeśli deklaruje się pomóc, to niech potem nie narzeka, nie sapie, nie cmoka i nie robi zbolałych min, bo doprowadza mnie tym do szewskiej pasji. Dziś nawet zadałam pytanie, czy mam zanieść wypowiedzenie w drugim dniu pracy. Nie uzyskałam odpowiedzi. Ja wiem, że to dla wszystkich nowa i stresująca sytuacja, ale musimy razem przez nią przebrnąć. Dziś Wikusia miała wyznaczona wizytę u laryngologa. Kontrolną wizytę. Mama tak się denerwowała, że powiedziała, żebym się zwolniła z pracy do tego lekarza. Myślałam, że sobie żartuje. I od tego się zaczęło...W końcu poszła, bo jak mus to mus. Nie miałam nikogo, kto mógłby zamiast mamy iść. Lekarz nie miał żadnych zastrzeżeń do rozwoju małej i mało tego, Wiki u lekarza po raz pierwszy ZARACZKOWAŁA. Mama mówi, że zrobiła wielkie oczy na ten widok.
Dziś we wpisie trochę misz masz, ale w wielkim skrócie opisuję wydarzenia ostatnich dni, bo się cały czas coś dzieje, oj się dzieje..

wtorek, 8 listopada 2011

Po drugiej rozmowie

Jakiś czas temu (będzie chyba ze trzy tygodnie) złożyłam do pewnej firmy CV. I tylko CV. Nawet zapytałam o list motywacyjny, ale usłyszałam, że niepotrzebny. Trochę dziwne, ale upierać się nie upierałam, bo nie lubię listów motywacyjnych pisać. Po złożeniu owego CV poszłam do domu i czekałam, czekałam dzień jeden, drugi, do końca tygodnia, końca miesiąca i nic, cisza absolutna. Uznałam, że widać do mnie nie zadzwonią.
Wczoraj jednak miłe zaskoczenie. Zadzwonili! Oczywiście jak już usłyszałam skąd dzwonią to uśmiech od ucha do ucha na twarzy mej zagościł, po czym lekko mina mi zrzedła. Po pierwsze miałam stawić się na rozmowę do głównej siedziby firmy, a to około 100 km od mojego miejsca zamieszkania, a po drugie na koniec usłyszałam "Proszę jeszcze rano czekać na potwierdzenie czy rozmowa się odbędzie" Odłożyłam słuchawkę lekko zdezorientowana. To w końcu będzie ta rozmowa czy nie będzie?
Oczywiście rano z niecierpliwością zerkałam na telefon. Zadzwonili! Potwierdzenie było. Jako, że M. dziś na miejscu to automobil załatwił, mama przyszła do Mateuszka, a my zapakowaliśmy Wiki i pojechaliśmy.
Jeszcze po drodze odwoziliśmy znajomego do miasta, które jest na trasie i przez to trochę nam czasu uciekło. Znajomy chciał pomóc, więc podał skrót. Pojechaliśmy zatem skrótem, tyle, ze okazał się on być prawie na całej długości rozkopany (czyt. roboty drogowe). Co chwilę trzeba było stanąć, bo przepuszczali wahadłowo. W samochodzie robiło się coraz bardziej nerwowo, bo już wiedzieliśmy, że się spóźnię na wyznaczoną godzinę. Próbowałam przekonać M., żeby nie przyspieszał, najwyżej się spóźnię. Ba, nawet wykonałam telefon z informacją co jest na rzeczy i usłyszałam, że poczekają. Ja swoje, M. swoje. Z tego wszystkiego przestałam się denerwować rozmową, a zaczęłam się denerwować samą jazdą. Spóźniliśmy się 10 minut. Biegiem pobiegłam do sekretariatu, gdzie pani przeprosiła mnie, że rozmowa się troszkę opóźni, bo prezes zajęty. A, to z samym prezesem mam rozmawiać. O żesz...nerw wrócił. Siadłam koło jakiejś babeczki i obie niewiele myśląc zaczęłyśmy rozmawiać. Pierwsze pytanie czy również na rozmowę. A i owszem, obie w tej samej sprawie byłyśmy. Potem rozmowa zeszła na temat ulubiony czyli...dzieci. I tak gadu, gadu i czas jakoś leciał, a czekałyśmy ...godzinę. W końcu czas nadszedł i rozmowy się rozpoczęły. Jak się okazało, w czeluściach korytarza, czaiła sie też trzecia osobniczka. I to ona pierwsza weszła, a ja ostatnia. Pan prezes okazał się bardzo miłym panem po 50-tce, a rozmowa tak naprawdę nie przypominała mi żadnych wcześniejszych rozmów, bo była bardziej osobista niż zawodowa. Padło nawet pytanie o dzieci i czy karmię piersią. I tu skłamałam, bo powiedziałam, że już nie karmię, bo muszę iść do pracy. Pan prezes zrobił mi nawet krótki wykład o dobrodziejstwie karmienia piersią i szkoda, ze jednak już nie. Mało buzi nie rozdziawiłam ze zdziwienia, bo rozmowa robiła się coraz dziwaczniejsza. Potem krótkie pytanie o wynagrodzenie i... wszystko w tym temacie. Mam czekać na telefon.
I telefon zadzwonił. W połowie drogi powrotnej z informacją, że jutro ponownie mam się stawić w siedzibie firmy ze świadectwami pracy, zaświadczeniami z kursów . Jutro również będę umówiona do lekarza, tak żeby 14 listopada móc się stawić do pracy. Ale jaja! Wszystko wskazuje na to, że mam pracę!

sobota, 5 listopada 2011

Chory

Tak wiem, nieraz mi mówiono, nieraz uprzedzano, że jak młody do żłobka pójdzie to chorować zacznie. Miałam jednak nadzieję, że mego synka choróbska paskudne ominą. Nic z tego. Wczoraj wieczorem zagościła temperatura 38,4, która udawało mi się zbijać, ale na kilka godzin jedynie, po czym gorączka wracała kilka kresek wyższa. Jak już było 39,2 st. zarządziłam, że do lekarza czas najwyższy. Tym samym do lekarza dyżurnego wybraliśmy się, który orzekł infekcje górnych dróg oddechowych i przepisał cztery różne paskudztwa. I kilka dni siedzenie w domu. Zdiagnozowany, to już mi ciut lżej, bo wiem przynajmniej co mu dolega. Teraz co chwilkę sprawdzam Itę, czy ona z kolei nic nie złapała, bo dopiero smarka się pozbyła. Oczywiście zewsząd kraczą, że jak on to i ona, więc sprawdzam, mając jednak nadzieję, że Wiki się nie zarazi. A miałam od przyszłego tygodnia chodzić pracy szukać, bo mama zgodziła się z Wiktorią pobyć...A tu doopa. Nadal jestem skazana na oferty, które nielicznie w internecie się pojawiają i mogę mailem aplikację przesłać. tyle, ze ofert tych jest niewiele.
Staram się szukać w tej sytuacji pozytywów. I znalazłam! Dzięki temu, że nie pracuję, mogę sama dzieckiem chorym się zajmować, a nie nerwowo na krześle w pracy siedzieć i siłą woli próbować popchnąć wskazówki zegarka by czas szybciej płynął. Wiem, że mama dopilnowałaby równie dobrze, ale jednak co sama to sama.
 

środa, 2 listopada 2011

Baba za kierownicą

W miniony poniedziałek doszło do niespodziewanego zdarzenia. Krótko po odebraniu Mateusza ze żłobka, M. odebrał telefon, po którym się wściekł. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale konsekwencją tego telefonu był fakt, że M. musiał gdzieś pojechać. To "gdzieś" okazało się mieć odległość znaczną. I zamiast popołudnie z rodzinką, to M. gdzieś tam na drogach i bezdrożach północnej Polski się plątał. Po godzinie 21:00 zadzwonił ze słowami : Jak zadzwonię to się ubierz i weź prawo jazdy. Że co? Myślałam, że się przesłyszałam. Instrukcja stanowczym tonem została powtórzona (złość M. nadal mocno trzymała w swych ramionach), po czym nie wdając się w żadne wyjaśnienia, M. się rozłączył. Głupia nie jestem, skoro mam wziąć prawko, to znaczy, że mam wsiąść za kierownicę. Ja??? Ostatni raz siedziałam za kółkiem będąc w ciąży z Mateuszem, więc jakieś trzy lata z hakiem temu. Wcześniej również kilka lat nie jeździłam. Ze mnie to nawet nie niedzielny kierowca, a jakiś okazjonalny. I teraz ni z gruszki ni z pietruszki miałam ponownie usiąść za kierownicą? Właściwie to za bardzo nie zdążyłam się zestresować, bo po rozmowie telefonicznej z M. położyłam spać synka i razem z nim usnęłam. Obudził mnie dopiero mój kochany. Widząc jego ponaglający wzrok, nie dyskutowałam tylko ubrałam się szybko i zeszliśmy do samochodu. Zostały mi wręczone kluczyki i miałam jechać. Stres sięgnął zenitu, że zapomniałam jaki pedał do czego. M. westchnął i rzucił jakiś komentarz, na który mu odpowiedziałam, że albo będzie normalnie mi odpowiadał na zadane pytania albo wysiadam i niech sobie robi co chce. Posłuchał. Za daleko musiałby drałować na piechotę. Krótki kurs obsługi samochodu i ruszyłam. Dobrze, że to po 22:00 było, więc innych pojazdów poruszających się,  tudzież pieszych, w zasięgu wzroku było brak. Jak sobie poradziłam? Zważywszy na fakt braku doświadczenia to...najważniejsze, że dojechałam tam i z powrotem, gdzie w drodze powrotnej jechałam sama, bo M. przesiadł się na drugi samochód i dlatego był potrzebny drugi kierowca. A, że troszkę na zakręcie pojechałam po jakimś krawężniku, a przy przejściu dla pieszych, po którym przechodził pieszy właśnie, silnik mi zgasł, to nic. Najważniejsze, że wróciłam do domu w kawałku i samochód też.
M. dopiero w domu sobie ulżył, mówiąc między innymi, że jakim cudem nie umiem jeździć skoro prawo jazdy posiadam. I, że on tego nie rozumie.
Ja oczywiście z przekory stwierdziłam, że skoro pojechałam i wróciłam samochodem, tzn. że jeździć umiem, jedynie jakość tej jazdy pozostawia wiele do życzenia. Ale czy rzeczywiście trudno zrozumieć, dlaczego?

poniedziałek, 31 października 2011

Rodzinna niedziela

W dniu wczorajszym stał się cud. M. cały dzień spędził na łonie rodziny. Ba, udało się go nawet na spacer wyciągnąć, a raczej powiedziałabym nawet, że to on wyciągnął nas. Zanim jednak do wielkiego wyjścia doszło to do obiadu trwał na posterunku w rodzinnym gronie, coraz bardziej tracąc cierpliwość do psocącego synka. A Mati dokazywał jak zawsze, a może i bardziej, bo przecież był tata.
Z powodu zmiany czasu organizacyjnie jakoś nie mogłam nic ogarnąć, ale w końcu po skończonym obiedzie gromadnie na spacer wyszliśmy.
Po drodze M. przekomarzał się ze swoja siostrzenicą. Andrea na co dzień mieszka poza granicami kraju, więc czasami słówka jej umykają. Nie słyszałam dokładnie, ale sprzeczała się o coś związanego z nastolatkami w dzisiejszych czasach. Ona swoje, M. swoje. W końcu, chyba z lekka poirytowana niereformowalnością wujka oświadczyła: Wujek, ale ty starożytny jesteś!
M. zrzedła z lekka mina, a ja uśmiałam się do łez.
Wzięliśmy równiez aparat ze sobą i po wgraniu fotek doszłam do wniosku, że albo mamy naprawdę kiepski aparat, albo nie umiemy robić zdjęć. Zdjęcia zamglone w większości wypadków nadają się jedynie do wykasowania. Aż mnie to rozzłościło. Na pozostałych zdjęciach, które jako tako się prezentują, i na których figuruje moja postać, humor mi tez nie poprawił. Po raz kolejny stwierdzam, że jestem za gruba! I po raz kolejny stwierdzam, że muszę coś z tym zrobić! Tyle, że silnej woli starczy mi na tydzień, góra dwa, a potem złe nawyki powracają.
Na koniec dnia usłyszałam od M., który krótko skwitował moje użalanie się nad sobą i swoimi nadprogramowymi kilogramami: Kochanie to zrób coś z tym zamiast narzekać. to nie chodzi tylko o wygląd, ale przede wszystkim o twoje zdrowie.
I jak mu tu nie przyznać racji?
A na koniec parę wczorajszych fotek



piątek, 28 października 2011

Chroniczne zmęczenie?

Od jakiegoś czasu łapię się na tym, że nie umiem odpoczywać. I wcale nie wynika to z faktu, że nie chcę, tylko, że nie umiem, nie pamiętam i pamięć moja pod tym względem szwankuje. Nawet jak mi się uda wygospodarować trochę czasu dla siebie i chcę się zdrzemnąć, bo Wiki śpi to...za cholerę zasnąć nie mogę. Piasek pod oczami, oczy czerwone jak u królika, więc z chęcią na wyrko się uwalam i...leżę, leżę, zamykam oczy, bo może szybciej, łatwiej przyjdzie mi odpłynąć w objęcia Morfeusza. Liczę barany, bądź wzorki na firance..i leżę, wprawdzie z zamkniętymi oczami, ale tylko leżę. Trwa to czas jakiś i w końcu zaczyna mi się robić błogo...i wtedy słyszę, że moje młodsze dziecię obudziło się i radośnie kopie w przewijak. No to tyle z mojego spania.
Bywa tez tak, że M. jakimś cudem przebywa po południu w domu przez czas dłuższy, więc "sprzedaję" mu dzieci i idę spać...Tyle, ze ten mój sen cholernie czujny jest. Wiki zapiszczy i ja już gały szeroko otwarte mam. Nasłuchuję...pisk radosny, bo pewnie tatuś podrzuca, więc wszystko ok, chcę dalej spać, więc leżę, i leżę i barany liczę...I doopa. W końcu wstaję i okazuje się, że "spałam" około 15 minut. M. zaskoczony, że co,już? Po spaniu? A ja zła jestem, bo mogłabym, a nie mogę pospać.
Nadchodzi noc. Teoretycznie lepiej, ale wstaje do małej trzykrotnie na karmienie i raz na oczyszczanie noska, bo katar dalej uparcie obecny i upierdliwy. Od dwóch dni kaszel doszedł. Także tylko Wika pod kołderką, po karmieniu, się rozgrzeje, to zaczyna kasłać. Z resztą Mati w tej kwestii tez nie lepszy, ale przynajmniej piersią go nie karmię. Także noce "koncertowe" i to w duecie, bo Mati póki co śpi z nami. Z wiadomych względów zatem, już rano wstaję niewyspana...I mimo, że w dzień udaje mi się wygospodarować czas na sen, to ten cholerny sen nie nadchodzi.

niedziela, 23 października 2011

Problemy z blogiem

Nie mam pojęcia co się dzieje. Jak chcę wejść na któryś z moich postów np. przez link z nk.pl, to mam informację: "Bad Request. 400 Error". Jeśli z bloga chcę wyświetlić posty, to samo, z facebooka- to samo. I za cholerę nie wiem co z tym fantem zrobić. Może ktoś mi podpowie?

Poza tym u nas czas jakoś gna do przodu. Może to "wina" Ady, siostrzenicy M. :) Ada przyleciała do nas 17 października, więc mam do kogo buzię otworzyć i z kim pogadać. Z drugiej strony zachodzę w głowę jak zorganizować czas szesnastolatce w październiku. Sama czasami ganiam jak kot z pęcherzem, żłobek, zakupy, obiad, sprzątanie, żłobek...a potem to mam dość, a Mati wtedy zaczyna brykać, no bo szczęśliwy, że wreszcie w domu.
Adaptacja urwisa w żłobku trwa. Serce mi się kraje kiedy całą drogę z domu do żłobka utwierdza sam siebie, że po niego przyjdę, w kółko, kilkadziesiąt razy zadając pytania" "Mamo, a psyjdzies po mnie?", "A po obiadku psyjdzies?" "A zabiezieś mnie do domtu?" Mam jednak nadzieję, że już bliżej czasu, kiedy to będzie lepiej i mały się przyzwyczai.

Wiki nadal zasmarkana. Ponownie byłam z nią u lekarza, bo katar już dwa tygodnie trwa. Na szczęście po przebadaniu małej, lekarz orzekł, że żadnych innych objawów nie ma. Dostaliśmy natomiast skierowanie do laryngologa. Było już za późno w piątek, żeby Wiktorię zarejestrować, zrobię to jutro.

A u mnie? No cóż, pracy nadal brak...

piątek, 14 października 2011

Wiki się nie uchroniła.

Niestety, moją córcię również smark dopadł. Upierdliwy glut męczy dziecię moje już dni kilka. Pierwsze dwie noce kompletnie nieprzespane, bo mała nijak poradzić sobie nie mogła ze złapaniem oddechu przez otwory nosowe. Oddychała przez usta, to jej w gardle zasychało czy jak. W każdym razie była bardzo marudna i płaczliwa, co nikomu z nas na dobre nie wychodziło. Początkowo strasznie było mi jej żal, nawilżałam nos, odciągałam paskudne gile, nawilżałam, odciągałam, nawilżałam...W końcu i nerw mnie złapał, bo te zabiegi efektów żadnych nie przynosiły. Dopiero w trzecim dniu przypomniało mi się, że w zasobach aptecznych posiadam Nasivin dla niemowląt. Zatem wieczorem dnia trzeciego, zgodnie z instrukcją, zastosowałam owe krople i...10 minut mija...nic...15 minut mija...nic...dopiero po około 20-25 minutach Wikusia złapała oddech przez nos. I po kilku kolejnych minutach spokojnie zasnęła. Uff! Od tamtej pory Nasivin cały czas w użyciu wieczorową porą, a w dzień... nawilżam, odciągam, nawilżam, odciągam...Poszedłby już ten glut w diabły!

Na szczęście u Mateusza katar już na wykończeniu. Zatem pierworodny od poniedziałku znowu do żłobka i znowu czekają nas jego małe histerie. Jakoś musimy przetrwać. Niestety przez infekcje maluchów, ja w domu uziemiona, więc poszukiwania pracy stanęły w miejscu. Cholera, tak mi tego czasu brakuje.
Do spokojnych osób raczej nie należę, a sytuacja ta wcale mi nie pomaga. A wręcz przeciwnie, jestem coraz bardziej rozdrażniona, bo ofert w internecie niezbyt wiele, a te co są, to nie bardzo w kierunku mego wykształcenia, bo ani żaden ze mnie asystent weterynarii, ani murarz glazurnik. Zatem póki co, doopa blada!

niedziela, 9 października 2011

Gil po same jajka

Tytułowy gil dotyczy mojego pierworodnego, który "aż" trzy dni do żłobka pochodził, kiedy go właśnie dopadł. Ów gil go dopadł. Nieproszony! Sam się wprosił. Dziecię me zatem od czwartku z nosem zatkanym po domu sie pałęta, co nie znaczy, ze mniej psotny się zrobił. Wcale a wcale. Do tego,  żeby było "weselej" to ma również jakis problem urologiczny. Prawdopodobnie zapalenie pęcherza czy cóś w tym stylu. Do lekarza tatuś z dzieckiem poszedł albo raczej pojechał, bo w czwartek po południu pogoda wilgotna i wietrzna była.Jak to facet, z rozmowy z lekarzem niewiele zapamiętał. Pewnikiem więcej się dowiem na kontroli z Matim będąc.
Obserwuję synka czy jeszcze go pobolewa "pimp" od czasu do czasu nawet zapytam. Na szczęście najczęściej mówi, ze go nie boli. Przedwczoraj przyuważyłam, że mimo negatywnej odpowiedzi, cały czas się za te swoje "klejnociki" łapie. Zapytałam ponownie czy go boli i znowu otrzymałam odpowiedź negatywną.
- To czemu trzymasz się za "pimpa"? - pytam
- Bo taki duzi sie źlobił - usłyszałam w odpowiedzi.
Yyy... normalnie zapomniałam języka w gębie...

środa, 5 października 2011

Po pierwszej rozmowie

Aplikacja tu, aplikacja tam...poszły w przestrzeń wirtualną. Mam trochę utrudnione bieganie z CV po firmach mojego miasta rodzinnego, bo z wiadomych względów wiąże się to z proszeniem. Z proszeniem o pieczę nad moją latoroślą i niby chętni są, ale jak przychodzi co do czego to chętnych jednak brak. A dlaczego? Ano dlatego, że jakbym miała biegać i o pracę się pytać, to na pewno nie zajęłoby mi to pół godziny czy godzinę, ale dłużej, znacznie dłużej,więc tym samym dłużej trzeba byłoby z dziećmi zostać. Pozostaje zatem przestrzeń wirtualna, ewentualnie wyskok w konkretne miejsce i natychmiastowy powrót do domowych pieleszy.
Ja nie wiem czy wszyscy myślą, że znajdę pracę siedząc w domu? Może i tak myślą, zważywszy na fakt, że kilka dni temu otrzymałam telefon i zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Z jednej strony mile mnie zaskoczył szybki odzew, a z drugiej wpadłam w popłoch, bo...cholera jasna, no nie miałam w co się ubrać! Moja poprzednia firma, mimo, że pracowałam w biurze, nie wymagała strojów biurowych,  za takowe uchodziły dżinsy i grube swetry, co by nie zmarznąć. A tutaj...no głupio by było w dżinsach wyskoczyć. Postanowiłam zatem poczynić zakupy. Czysta klasyka, spódniczka i biała bluzka. Ze spódnicą problemów nie miałam, bardziej z wyborem, bo kilka bardzo mnie do gustu przypadło. Natomiast prostej białej bluzki, bez żabotów, falbanek i innych udziwnień, to ze świecą szukać. W końcu znalazłam jakąś "Made in Taiwan" czy inną chińszczyznę. Rozmowa umówiona na dzień dzisiejszy, na 10:30. Oczywiście poziom stresu przekroczył granicę normy, ale trzeba było się do kupy zebrać i iść. Poszłam zatem na miękkich nogach.Niestety nie jestem dobra na rozmowach kwalifikacyjnych, bo stres mnie zżera i tym samym sprzedać się nie potrafię. Nie inaczej było i tym razem. Przez 45 minut zapytywano mnie o doświadczenie zawodowe, co było powodem rozstania się z poprzednimi firmami itd. itp. W końcu doszło do tego czego najbardziej nie lubię i zawsze się na tym rozkładam: scenka sprzedażowa. Wstyd się przyznać, ale mimo lat spędzonych na sprzedaży różnych artykułów i usług, to na rozmowach kwalifikacyjnych, z nerwów mam taką pustkę w głowie, że niewiele potrafię z siebie wydusić. W końcu było mi wszystko jedno i powiedziałam, że zamiast tracić czas na sprzedanie coś klientowi, który tego "cosia" nie chce, wole się skupić na poszukiwaniu klientów mniej opornych. Jak wypadłam, bladego pojęcia nie mam, ale jak nie zadzwonią to się nie obrażę. Powód? Płaca! Jak usłyszałam ile mi proponują to pomyślałam, że sobie ze mnie jaja robią. 1700,00 PLN brutto! Zatem netto będzie gdzieś około 1250,00 PLN. Plus premia, która może, ale być nie musi. Warunki dla mnie absolutnie nie do zaakceptowania! Szukam zatem dalej!

poniedziałek, 3 października 2011

Pierwszy dzień w żłobku

Nadszedł długo oczekiwany przeze mnie dzień. Mój mały synuś poszedł do żłobka. Jako, że wydarzenia ostatnich dni, nieco nadszarpnęły moją psychikę, z malcem wysłałam M. Bałam się, że nie udźwignę tego stresu i pęknę, a lepiej żeby Mati mamy łez nie widział. Przed wyjściem powiedziałam mojemu M., ze dziecię nasze ma trafić do III grupy. Po 20 minutach dzwoni telefon. Okazuje się, że Mati ma jednak iść do grupy IV. Lekki chaos, ale na szczęście opanowany w miarę szybko Z nerwów zaaplikowałam sobie melisę, tak dla zachowania zdrowych zmysłów. Kręciłam się po domu jak ogłupiała, nie mogłam tak naprawdę na niczym konkretnym się skupić, więc wzięłam Wiktorię i wyszłam. Poszwendałam się po mieście w kierunkach różnych, po czym przysiadłam na ławce w pobliżu żłobka. Wcześniej kupiłam sobie SHAPE i zagłębiłam się w lekturze. w każdym razie próbowałam się zagłębić. W końcu w granicach godziny 12:00, po wykonaniu telefonu do M. i jego przybyciu, poszliśmy po małego.
Pani oznajmiła nam, że popłakiwał i trzeba było go zabawiać, po czym przyprowadziła mojego przestraszonego chłopca. Chyba do końca życia nie zapomnę tego jego spojrzenia. Przytulił się do mnie i zapytał o tatę, a zobaczywszy go, po chwili uśmiechnął się.
Ze stresu mały w żłobku nic nie zjadł, ale byłam przygotowana i w drodze do babci wszamał pączka i bułkę maślaną. Oświadczył, że jutro do żłobka też pójdzie. Może tak źle nie będzie?
Idąc rozmawiałam z nim wypytując oczywiście o żłobek:
- dużo dzieci w żłobku?
- taa
- a bawiłeś się z dziećmi?
- taa
- a z jakimś kolega się poznałeś?
- taa
- a jak kolega ma na imię?
Tu Mati się chwilę zastanowił i oświadczył:
- Yyy...chiba "łopieć"
Roześmiałam się serdecznie z tego "imienia". Oj ten mój mądrala. Szliśmy dalej, powiedzmy, że dyskutując, kiedy na drodze pojawiła się psia kupa. Ja do małego:
- Uważaj! Brzydka psia kupa leży, fuj!
a Mati na to:
- Wciale nie bzidka, ładna kupa - odpowiedział.  No rozwalił mnie tym tekstem.







środa, 28 września 2011

Aby do przodu

Poniedziałek był dniem, kiedy pozwoliłam sobie na złość, rozżalenie i tupanie nogami. Musiałam pozbyć się tych negatywnych emocji. Już jednak jest lepiej. Tak naprawdę na polepszenie mojego samopoczucia wpłynęło kilka elementów. Przede wszystkim nastawienie mojego M., który praktycznie od razu powiedział mi, żebym nie panikowała, bo "damy radę". Łatwo nie będzie, ale tragicznie też być nie powinno.
Zdałam sobie również sprawę, że taki problem to nie problem, kiedy na jednym z portali przeczytałam, że synek jednej z mam, przegrał walkę o życie. Miał zaledwie trzy miesiące. Czytając to zryczałam się jak głupia i uświadomiłam sobie, że utrata dziecka to jest prawdziwa tragedia. Mnie spotkała jedynie niedogodność, którą można naprawić czy zmienić.
Poza tym dowiedziałam się o warunkach umowy koleżanki, która mnie zastępowała. Tak, tak, bo moje stanowisko było jednoosobowe i w momencie kiedy ja poszłam na L-4, a potem na macierzyński, to moja koleżanka dostała umowę na zastępstwo.Tym samym w dniu kiedy mnie się urlop macierzyński skończył, jej się skończyła umowa o pracę. Tyle, że mi dali wypowiedzenie, a koleżanka dostała nową umowę. Dowiedziałam się jednak o warunkach tej umowy i uznałam, że zwalniając mnie, tak naprawdę zrobiono mi przysługę, bo warunków takich, mając dwoje małych dzieci bym nie przyjęła. I chyba mój kierownik zdawał sobie z tego sprawę.
Także nos do góry i pracy szukać trzeba. Jedna z moich koleżanek dała mi znać gdzie potrzebują do pracy, więc CV rozsyłam, sama też szukam, i mam nadzieję, że poszukiwania pracy nie będą trwały długo. W każdym razie jestem nastawiona optymistycznie!

poniedziałek, 26 września 2011

Spełnił się czarny scenariusz.

Poszłam dziś do pracy, choć miałam na uwadze, że mogę spodziewać się najgorszego. Miotałam się próbując sobie znaleźć coś do pracy, ale po tylu miesiącach nieobecności i zmianie systemu w międzyczasie, to z mojego miotania niewiele wynikało. Przyjechał kierownik i...dyrektor. Wtedy byłam już pewna co się święci i nie myliłam się. Niestety. spełnił się czarny scenariusz i dostałam wypowiedzenie! Co z tego, że mówili mi, że bardzo pomogłam? Co z tego,że twierdzili, ze bardzo dobry pracownik ze mnie? Co z tego, ze zapewniali jak się sytuacja zmieni to zadzwonią? Było mówione jeszcze coś, ale słowa "Musimy się z tobą rozstać" spowodowały, że przestałam tak naprawdę słuchać. Co mnie obchodzą ich powody!!! Zwalniają bez skrupułów matkę dwojga małych dzieci! Matkę, która stanęła na głowie by dzieciom opiekę zapewnić i po macierzyńskim wrócić do pracy! Mnie, która uczciwie pracowałam, wykonywałam każde polecenie bez gadania, jak trzeba było zostawałam, żeby zrobić to co trzeba! I co z tego??? Czy ktoś mnie docenił? Absolutnie nie! Mają mnie w dupie! Mają w dupie za co zapłacę rachunki, za co wyżywię rodzinę!!! Jestem tak wkur....na, że wyć mi się chce!
Ale nie mogę się poddać załamaniu, depresji. Nie mogę użalać się nad tym co się stało. Muszę wziąć się w garść i szukać pracy! Ale przyznam szczerze, że mam dość tego braku stabilizacji, tego szukania pracy średnio co dwa lata, bo miałam czelność dwukrotnie zajść w ciążę! Państwo prorodzinne! Chyba sobie ktoś z nas jaja robi. Kto mi pomoże skoro zostajemy, czteroosobowa rodzina z jedną wypłatą i wynajmowanym mieszkaniem? Państwo? Wolne, żarty! Wrr...

czwartek, 22 września 2011

Połowiczny sukces

Dzisiaj byłam w żłobku dowiedzieć się czy się przypadkiem jakieś miejsce nie zwolniło. Im bliżej budynku owego żłobka tym bardziej byłam poddenerwowana. Szczerze mówiąc nie nastawiałam się na dobre wieści. a tu...NIESPODZIANKA! Pani dyrektor oznajmiła mi, że zwolniło się jedno miejsce i może przyjąć...Mateusza!
Przyznam szczerze, że z lekka informacja mnie oszołomiła, bo po pierwsze nie spodziewałam się, że jakieś miejsce się zwolni, a tym bardziej, że to Mateusz się dostanie. Przecież jak składałam papiery, to panie poinformowały mnie, że Wiktoria ma szanse aby się dostać w 99%. A tu bulba. Także od 1 października Mati wędruje do żłobka. I tym samym jeden problem z głowy, ale i tak się nakręcam. a co by nie? Czy i jak długo będzie płakał? Czy nowo nabyte sygnalizowanie potrzeb fizjologicznych się utrzyma, czy niekoniecznie? Jak będzie jadł? A czy często będzie chorował? I tak sobie zadaje pytanie za pytaniem, na które nikt mi na tą chwilę odpowiedzi na pewno nie udzieli, ale za to nadal mam o czym myśleć.
Kończy mi się również macierzyński. Dokładnie jutro, 23 września. Byłam już w pracy i dowiedziałam się od kierownika, że mam wykorzystać przysługujący mi urlop, ale mimo wszystko 26 września, na jeden dzień mam się stawić do pracy. No to się stawię, tylko za bardzo nie wiem po co, bo nikt mi tego nie wytłumaczył. Może jest to związane z faktem, że dziewczyna, która mnie zastępuje ma umowę na zastępstwo? Nie mam pojęcia. ale idę. Rodzinę postawiłam do pionu i M. zajmie się Mateuszem, a babcia Wiktorią. Oczywiście babcia nie musiała skomentować fakt mojego pójścia na jeden dzień do pracy: może chcą cię zwolnić? Cholera, niby powodu nie mają (poza tym, że ośmieliłam się zajść w ciążę i dziecko urodzić), więc słowa mamy ziarenko niepokoju zasiały. I znowu się denerwuję!
Urlopu mam niemało, bo 34 dni wraz z zaległym z zeszłego roku, czyli do pracy miałabym wrócić w okolicach 15 listopada! Także z małą jeszcze w domu pobędę, a w razie jak się ona do żłobka, do czasu mojego powrotu do pracy nie dostanie, to zajmie się nią babcia. Także ten problem tez zostanie rozwiązany (choć wolałabym dać ją do żłobka, bo dużo dobrych opinii o nim słyszałam). Tak czy siak jestem w połowie spokojniejsza, mam nadzieję, że w poniedziałek uspokoję się co do mojej bytności w pracy i mamy krakanie nie okaże się prorocze.

poniedziałek, 19 września 2011

Toaleta, ubikacja, a może kibel?

Ostrzegam, post niekoniecznie dla wrażliwców. Zamierzam bowiem popisać trochę o...kupie. A konkretniej o fakcie iż mój synek od kilku dni załatwia owa potrzebę do toalety. Hurra! Oczywiście są jeszcze wpadki, próby wyłudzenia od nas pieluchy, ale jesteśmy konsekwentni, bo żadne z nas nie ma ochoty babrać się więcej w g... Nawet jeśli dotyczy ono naszego dziecka. Wystarczy nam jeden zasrajpieluch.
Wraz z nauką załatwiania swoich potrzeb tam gdzie należy, staram się Mateuszka uczyć także odpowiedniego nazewnictwa i zamiennie używam słów: toaleta bądź ubikacja. Unikam natomiast słowa "kibel". A właściwie to unikałam, do minionego piątku, kiedy to podczas rozbierania się do kąpieli Mati wrzucił skarpetki do ubikacji. Ja w tym czasie wróciłam się, do pokoju,  po zapomniany ręcznik. Wchodzę do łazienki, a mój urwis stoi z łobuzerską miną. Wiedziałam już, że coś zbroił, tylko co? Mati z uśmiechem  komunikuje, że:
- Ziuciłem talpetki
- Gdzie rzuciłeś skarpetki? - się pytam dziecięcia
- Tam - wskazuje rączką na toaletę, jeszcze skubaniec deskę z powrotem opuścił.
Zaglądam...Są! Na szczęście nie zdążył wody spuścić. Przyznam, że dym uszami mi poszedł (bo to nie był jedyny psikus w ciągu dnia i moja cierpliwość była na wyczerpaniu), przez zaciśnięte zęby niemalże wysyczałam;
- Dlaczego wrzuciłeś skarpetki do kibla!?
- Dzie? - spytał z lekka oszołomiony synuś
-  No,dlaczego wyrzuciłeś skarpetki do ubikacji?- zreflektowałam się pokazując ręką odpowiednie miejsce.
- Nie wiem -  usłyszałam
Nie dyskutowałam specjalnie, pouczyłam tylko, ze powinien skarpetki wrzucić do pralki, wyjęłam z kibelka to co nie powinno się tam znaleźć i wykąpałam małego, żeby ochłonąć.
Jako, że mały sygnalizuje swoje potrzeby tak naprawdę dopiero od kilku dni, to na wyjścia i na noc jeszcze zakładamy pieluchę. Wczoraj, po spacerze, zanim jeszcze po przyjściu się ogarnęliśmy i zanim którekolwiek z nas postanowiło małego przebrać, Mati zakomunikował, ze chce "pupę", po czym wystartował do siebie do pokoju i schował się pod stolik, żeby w skupieniu i spokoju zrobić to co zamierzał. Nasza reakcja była błyskawiczna, ja trzymając małą na rękach, rzuciłam do M. hasło i tata zareagował, wyciągając małego spod stołu, ściągając mu pieluchę i mówiąc, że wie gdzie należy kupę zrobić.
Mati, niekoniecznie zadowolony z takiego obrotu sprawy zakomunikował tacie:
- Ja nie ciem do tibla!
M. lekko wryło w podłogę, spojrzał na mnie, a ja, próbując nie parsknąć śmiechem, wzruszyłam ramionami.
Ot, pieron jeden, jak szybko załapał!

sobota, 17 września 2011

Awantura w sklepie, pożółkły Mateusz i smaczna kończyna dolna

Spotkała mnie dziś nieprzyjemna "przygoda". Robiąc zakupy w jednym z marketów (nie wiem czy to hiper czy super ten market), zaczepiła mnie pewna "pani". Jej stan wskazywał na spożycie niemałej ilości napoju wysokoprocentowego. Rzeczywiście miała prawo zwrócić mi uwagę, bo stałam przy stoisku z książeczkami, a wózkiem bujałam tak, że mogłam przeszkadzać w przejściu. Tyle, że ta kobieta zwróciła mi uwagę tonem bardzo agresywny to raz, a dwa, to już po tym jak przeszła z jednej strony wózka, na drugą. Oczywiście przeprosiłam, bo w tym temacie miała rację, że tarasuję przejście, ale dla tej kobiety to była woda na młyn. Oniemiała z zaskoczenia chwile słuchałam jej pijackiego bełkotu, po czym oświadczyłam
- Koniec tematu! Mogę z panią rozmawiać jak pani wytrzeźwieje!
- Jak to koniec tematu! co to znaczy koniec tematu- rozdarł się babsztyl - ty gówniaro, nie będziesz mi dyktować co mam robić
W trakcie jej słów ja zrobiłam tył zwrot i poszłam dalej mijając po drodze pracownicę marketu. Zatrzymałam się przy ręcznikach papierowych, patrzę a ta za mną leci i wyzywa mnie od różnych. Powiedziałam, żeby się ode mnie odczepiła, bo wezwę ochronę, a właściwie to podniosłam na nią głos, a ona dalej swoje. Trzęsąc się poszłam dalej i usłyszałam jak pracownica reaguje. Nie wiem co było dalej, ale faktem jest, że już tej kobiety nie widziałam, a także nie słyszałam. Ale co mi krwi napsuła, to moje. Z tego wszystkiego to zapomniałam co mam kupić i wyszłam ze sklepu jedynie z dwoma z misiami lubisiami dla małego. O ręcznikach papierowych przypomniałam sobie w połowie drogi powrotnej, ale już nie miałam ochoty się wracać.

Dziś także moją uwagę przykuł nienaturalny koloryt skóry mojego synka. Normalnie pożółkł mi chłopak. Mówię do M., że niepokoi mnie ta żółć, na co usłyszałam, że przecież opalony. Opalenizna opalenizną, ale jak u licha miałby dzieciak opalić podeszwy stóp (czy jak to się tam nazywa) Wobec obojętnej postawy M. i stwierdzeniu, że jak zwykle przewrażliwiona jestem, postanowiłam przedstawić sprawę Google. Hasło wrzuciłam i prawie natychmiast odpowiedź uzyskałam. Beta karoten! No jasne! Mati od dłuższego czasu dzień w dzień wypija Bobo frut, koniecznie w kolorze pomarańczowym, ewentualnie żółtym. i pije tego ilości znaczne. Zagadka wyjaśniona, ja uspokojona, dieta małego zmieniona, koloru pomarańczowego w sokach chwilowo brak. Co ja bym bez tych "gugli" zrobiła? Pewnie poleciałabym do lekarza, bo wyjaśnienie zbyt proste, abym na nie szybko wpadła.

A na koniec moja Wikuśka i jej wygibasy. Udało się dziecięciu memu wpakować sobie wreszcie paluch od nogi do buzi. A się na stękała i zmęczyła przy tym, że hej. Jak to się mówi "trening czyni mistrza", więc po kilku dniach "treningu" i moja córcia osiągnęła sukces. Widok bezbłędny, który udało mi się sfotografować. Niestety ujęcie średnio ciekawe, ale mała się zmęczyła i nie miała ochoty dłużej pozować z paluchem w swojej jamie ustnej i na tym jednym zdjęciu sesja się zakończyła.




środa, 14 września 2011

Pozytywnie

Dziś krótko, bo dzień dość intensywny w piesze wędrówki. W związku z tym marzę o wyrku. Byłyśmy z Wikunią u neurologa dziecięcego (na NFZ) i lekarz oznajmił, że nie widzi żadnych negatywnych następstw niedotlenienia przy porodzie! Jupii!!! Wprawdzie ślepa nie jestem i dziecię swoje obserwuję, ale usłyszeć takie słowa od specjalisty to serce się raduje. Mimo tego nadal malutka będzie pod kontrolą dopóki "na własnych nóżkach do gabinetu nie wejdzie" - jak wyraził się doktor.
Później drałowałyśmy na ćwiczenia. Hmm.. kto drałował, to drałował, Wiktoria odpłynęła i spała całą drogę w najlepsze. Na ćwiczeniach natomiast fikała rozbawiając rehabilitantkę, bo z uporem maniaka, jak tylko mogła, próbowała wpakować sobie do buzi którąś ze swoich kończyn dolnych. Położona na brzuszku, uniosła swoją szanowna dupeczkę do góry i przebierała nóżkami. Możliwe jest, ze całkiem niedługo zacznie pełzać. Także dziś kolejny dzień naładowany pozytywna energię. Oby tak dalej!


wtorek, 13 września 2011

Poproszę więcej takich dni

Niedziela była piękna, słoneczna, wręcz upalna . Obiad szybko zatem upichciłam i towarzystwo na dwór wygoniłam. Oczywiście sama również nie zamierzałam kwitnąć w czterech ścianach, więc i ja dołączyłam do swojej rodzinki.
Dzień wcześniej, porą wieczorną, dawno nie widziana koleżanka znak życia dała, informując przy okazji o jakimś pikniku rodzinnym organizowanym przez jej ugrupowanie polityczne. Z polityką nie nadaję na tych samych falach, ale za to z koleżanką i owszem, więc obiecałam zjawić się gromadnie w celu zwiększenia frekwencji.
Pojawiła się na owym pikniku również nasza wspólna koleżanka, potem doszli kolejni znajomi. Zatem zrobiło się przyjemnie i wesoło. Normalnie poczułam powiew świeżej energii w organizmie. Idąc za przykładem mojej córci śmiałam się do wszystkich i do wszystkiego. Po "imprezie" ruszyliśmy jeszcze do knajpki pod parasolami, gdzie wypiłam colę i gadałam, gadałam, gadałam...Jednym słowem przemawiałam głosem ludzi dorosłych, prowadziłam dialogi z kolegami i koleżankami w wieku moim, bądź zbliżonym. Nawet nie poruszałam tematów związanych z dziećmi, chyba, że zostałam o to poproszona. Maluchy chyba wyczuły doniosłość chwili, bo Wiki cichutko rozglądała się wokół, przechodząc z rąk do rąk i z kolan na inne kolana, a Mati wariował w wersji light. Niestety, w związku z tym, że M. wieczorem jechał w trasę i musiał się przed wyjazdem przespać, musieliśmy sie pożegnać szybciej niż byśmy chcieli.
Wczoraj natomiast była u mnie mama, z którą kilka dni się nie widziałyśmy, a dzięki której w momencie kryzysu mogłam się zdrzemnąć, bo zajęła sie starszym synkiem,co ja wykorzystałam kładąc się z córcią.A dziś niespodziewanie  przyszła w odwiedziny kuzynka, a właściwie żona kuzyna, z którą dla odmiany ponarzekałyśmy sobie, bo ma synka w wieku mojego Mateusza i Kuba też daje jej nieźle popalić.Tyle, że to narzekanie było zakrapiane sporą dawką humoru w opowieściach co te nasze urwisy potrafią, więc spotkanie jak najbardziej udane
Także odchamiłam się, spotkałam z dawno niewidzianymi znajomymi i tym samym naładowałam akumulatory. Było mi to bardzo potrzebne. Nie przepuszczałam nawet jak bardzo.

sobota, 10 września 2011

Popatrz na siebie

Zaczęło się wczoraj. M. zakomunikował, że jedzie w trasę, więc powiedziałam o tym mamie, a ona, że najwcześniej może być u mnie o 12:00, bo umówiła się z ciocią na cmentarz, gdzie przy babci grobie coś tam chcą zrobić z kwiatkami. Nie wiem czemu, ale mnie to zeźliło, bo jak mi Wiki wstaje o 5:00 to do 12:00 jestem flak i po drodze potrzebuje drzemki. Usłyszałam, że nie tylko ja jestem mamą i, że ona się umówiła i pojedzie. Od słowa do słowa i przestało być miło, a ja usłyszałam, że egoistką jestem.
Oczywiście przemyślenia przyszły później, ale słowa już padły. Mama ma rację, to ja mam obowiązek zajmowania się moimi dziećmi, a mama może, ale nie musi mi pomóc. W końcu jednak M. nie pojechał, więc mi pomógł przy dzieciach.
Dziś na spacerze trafiliśmy na ślub w ratuszu. Stanęliśmy i obserwowaliśmy, a ja krytycznym wzrokiem oglądałam kreacje. Znam się na modzie jak na polityce czyli prawie w ogóle, ale opinie swoje wyrażałam nader chętnie. Szczególnej krytyce poddałam jedną z młodych kobiet, bo uznałam, że ma za krótka sukienkę i do tego baleriny. Poza tym uznałam, że sukienka dziwnie na niej leży. Głupio mi się zrobiło, jak M. zwrócił mi uwagę, że kobieta jest w zaawansowanej ciąży i może stąd ta "dziwność". Ups... zamknęłam się, bo jak na kobietę w tak zaawansowanej ciąży wyglądała ślicznie, a brzuszek zauważyłam dopiero jak stanęła bokiem. Wiedziałam już czemu założyła balerinki. Ot, durna ja...Zachciało mi się być "znawczynią" mody. Jeszcze gorzej się poczułam jak stojące nieopodal dwie kobiety, musiały mnie słyszeć, zmierzyły mnie od stóp do głowy...miałam szczęście, że nie usłyszałam jakiegoś komentarza w stylu: najpierw sama spójrz w lustro. Fakt, figurą nie grzeszę, stylem również, więc powinnam zacząć od siebie, a potem ewentualnie komentować stroje innych.
Gapić się w końcu przestaliśmy i ruszyliśmy dalej. Pół godziny później M. oświadczył, że ma dość spaceru ze mną, bo do furii doprowadzają go moje uwagi dotyczące jego i Mateusza. a konkretniej jego zachowania względem małego. A to, ze go nie weźmie na ręce jak mały marudzi, że chce "hopa", a to , że go nie pilnuje tak jak ja bym chciała, a to, ze pozwala mu za daleko samemu iść...itd.itp (sama siebie czytając stwierdzam, że strasznie upierdliwa jestem i wszystko musi być po mojemu). Wziął zatem M. małego i zrobili tył zwrot, a ja zostałam na środku chodnika sama z małą, która chyba wyczuła napięcie i się obudziła, wpadając wręcz w histerię. I tyle było mojego spaceru. Prawie biegiem wróciłam z Wiktorią do domu, gdzie doszłam do wniosku, że mam naprawdę zjebany charakter, skoro nawet moi bliscy ze mną nie wytrzymują.



wtorek, 6 września 2011

Poniedziałek pełen wrażeń.

Oj działo się wczoraj, działo. Długo oczekiwany przeze mnie wyjazd do Koszalina na zakupy! Gdzieś tam w podświadomości błąkała mi się myśl, że jedziemy przede wszystkim z Wikusią do kardiologa, ale perspektywa zakupów przyćmiewała ten fakt. Taa, pewnie co niektórzy pomyślą, żem matka wyrodna. dziecię do lekarza, a ja tylko o zakupach.  Nic bardziej mylnego, po prostu byłam tak pewna, że wszystko jest dobrze, ze nawet innej myśli nie przyjmowałam do wiadomości.
Dzień się zaczął dość wcześnie, bo o 5:45 zafundowałam towarzystwu pobudkę. Wprawdzie do lekarza mieliśmy na 8:20, ale to był czas dojazdów do pracy, więc i korki bardzo prawdopodobne. Wyjechaliśmy parę minut po 7:00, a u lekarza zjawiliśmy się 8:25. Nie zamierzam przytaczać słownictwa jakie używał M., który twierdził, że te korki to ja wykrakałam. Hmm...wystarczyło logicznie pomyśleć... poniedziałek...7:00 rano...mamy przed sobą 45 km...
Życzę wszystkim, którzy muszą iść  z dzieckiem do lekarza takich wizyt. Weszliśmy do gabinetu praktycznie z marszu ,lekarz małą zbadał, zrobił USG serducha i powiedział "Dziecko zdrowe, proszę więcej nie przychodzić". 8:37 dzwoniłam z samochodu do mamy z wieściami.
W końcu przyszedł ten czas, za którym przepada większość kobiet. Mega zakupy! Przecież oszczędzaliśmy na nie miesięcy kilka. Przyznam szczerze, że lekko zgupłam jeśli chodzi o mój rozmiar, bo mieściłam się w ciuch od rozmiaru 38 do rozmiaru 42 w zależności od sklepu i producenta. Zakupiłam sobie płaszczyk (42), dżinsy (40) i sweter (38) oraz bluzeczkę (40). Dla Wikusi butki na zimę i rajstopki. Polowałam na jesienne czapki, ale jakoś tak ubogo w ten klimat. Mati obkupiony w buty, zestaw czapka, szalik, rękawiczki oraz koszulka i bluza zakupiona w C&A w kapitalnej cenie. Tylko M. sobie nic nie kupił choć przymierzał fajną bluzę...szkoda. Potem szybki obiad w barze mlecznym, gdzie Mati odstawił ponownie cyrk z zupą, zjadł zaledwie kilka łyżek i koniec. Znowu wszelkie metody perswazji zawiodły i daliśmy sobie spokój. M. zamierzał zjeść za niego zupę, która okazała się...niesłona! Spróbowałam, zero soli...ale jaja! Telefon do mamy, przedstawienie sytuacji i mama oznajmia, że ma rosół i mamy przyjechać. Zatem jedziemy, ale znowu spowalniają nas jakieś pojazdy dziwne typu traktor. A na 15:00 Wiki na ćwiczenia, czyli do rodziców nie zdążymy, dopiero po ćwiczeniach małej.

Wpadliśmy na ten rosół, choć tak konkretniej to M. jako facetowi dostała się grochówa, Mati wygłodniały zjadł dwie michy rosołu i opadliśmy z sił. Szybko się pożegnaliśmy i do domu. Wiki po całodziennych przeżyciach padła o 19:00, Mati o 20:00, a ja po 21:00. M. to nie wiem, bo spałam.
Był to jeden z tych dni, które lubię. Prawie wszystko szło po naszej myśli, no może oprócz jedzenia przez Mateusza, ale ogólnie dzieciak miał frajdę, bo jeździł po Centrum Handlowym autem z gadającą i grającą  kierownicą. A i z psychologicznego punktu widzenia dzień udany, bo wlazłam w dżinsy w rozmiarze 38, choć dopiełam się na wdechu, ale tyłek zmieścił się w nie bez oporów. Pewnie mają jakąś zaniżoną czy zawyżoną rozmiarówkę, ale co tam, w szczegóły wgryzać się nie zamierzam.Wlazłam w 38 i już!

niedziela, 4 września 2011

Misz masz

Wiem, wiem obiecałam, miałam pisać, nie pisałam. Winnym stanu rzeczy jest słońce. a dlaczego? Bo wyszło! Osłoneczniło, ociepliło, rozświetliło, ogrzało, więc głupio było w domu siedzieć, więc wyszliśmy z domu na powietrze i przebywaliśmy na nim ile się dało. Ja chyba z tej przyczyny jakiegoś zatrucia tlenowego dostałam, bo po przyjściu do domu miałam ochotę zanurzyć się w objęciach Morfeusza i odpłynąć. Niestety jest to nierealne. Tym samym przy komputerze byłam mniej, znacznie mniej niż dotychczas. Dziś, mimo niedzieli, nie gotowałam obiadu, bo po pierwsze dla mnie i M. został z wczoraj, a po drugie M. stwierdził, że kupimy Mateuszowi zupę w jakimś lokalu, bo szkoda przy takiej aurze  w czterech ścianach siedzieć. Tak tez zrobiliśmy. Wybór padł na brokułową, którą mały lubi. Zresztą, on w ogóle zupy lubi. Zjadł połowę porcji grzecznie, a potem zaczął cyrk uskuteczniać i protestować. Ani zabawianie, ani proszenie, nic nie pomagało nie chciał i już. W końcu M. stracił cierpliwość i małego zabrał, a ja...dokończyłam zupę. Po zjedzeniu pozostałej porcji nie byłam zdziwiona, że Mati nie chciał jej dalej jeść. Zupa była za słona! Może dla innych to nie, ale ja mało solę i synek jest do tego przyzwyczajony. Martwiłam się, że głodny, ale dziecię me krzywdy sobie zrobić nie da i przy najbliższym sklepie piekarniczym zażądał bułki. I zjadł ją z apetytem. Trochę mam wyrzuty sumienia za ten brak obiadu dla niego, ale z drugiej strony chyba przesadzam, żadna krzywda przecież mu się nie stała.
Jutro jedziemy na kontrolę z Wiki do kardiologa dziecięcego i na zakupy. Zastanawiam się w jakim humorze wrócę. Czy sobie kupię to co chcę? Czy jednak moje obfite kształty na to nie pozwolą. Okaże się. Humoru mi też nie poprawia fakt, że M. dał mi dziś bardzo delikatnie do zrozumienia, że "coś" powinnam ze sobą zrobić, bo jest mnie troszkę za dużo. Tym bardziej, że wymusiłam rowerek stacjonarny, który teraz służy jako wieszak na ręcznik małej. I tenże rowerek M. mi cały czas wypomina. No i ma rację chłopina.

czwartek, 1 września 2011

Wreszcie mam neta!

Dwa dni prawie postu, bo neta prawie nie było. Teoretycznie i owszem, ale w praktyce mulił na maksa. Chyba się uzależniłam czy cóś, bo strasznie mnie denerwowało, że strony otwierały się po kilka minut, albo wyskakiwał jakiś Error i po zawodach. Dziś już nie dam rady, bo mała zrobiła mi pobudkę o 4:30, więc padam na pyszczek, ale jutro mam nadzieję nadrobię to i owo z wpisem posta włącznie.Tym bardziej, że zostałam zaproszona do kosmetycznej zabawy przez MICę. Wszystko to jednak jutro, bo dziś i tak się nie mogę już skupić. Dla niektórych to młoda wieczorna godzina, a dla mnie to prawie środek nocy. Jutro znowu jestem mamą pełną gęba i bez pomocy, więc wyspać się należy.
Swoją drogą, jak ja kiedyś żyłam bez internetu?

niedziela, 28 sierpnia 2011

Naocznie się przekonałam, że nie tylko ja mam problem

Synek mnie nie słucha! Oczywiście fakt ten odnotowałam już niejednokrotnie, jednakże nadal jest to dla mnie niemiłą niespodzianką. No bo jakże to tak? Gdzie jest ten mój kochany i posłuszny bobas? Ano, jak to w życiu bywa bobas przestał być bobasem, a jest teraz "dojrzałym" prawie trzylatkiem i własne zdanie mieć chce. A właściwie to ma. Szkoda tylko, że owe zdanie jest nie po drodze z moim, a na dodatek jest odporne na jakiekolwiek argumenty, prośby, groźby sugestie, krzyki...Oczywiście po jakimś czasie wyjdzie na moje, w przypadkach rzadkich, bo wreszcie posłucha, albo mu się znudzi być przekornym, albo (i chyba, niestety najczęściej) ja odpuszczam, bo mnie się już nie chce gadać.
I tu wkracza M., jeśli jakimś cudem jest w domu. Krótko wymawia imię syna, tonem nie znoszącym sprzeciwu, ale głosu nie podnosząc i... dziecię polecenie ojca wykonuje. Byłabym podejrzliwa, gdybym jakiś strach w oczach psotnika zobaczyła, ale nie...mały robi co tata karze często nawet się uśmiechając. a na pytanie taty "Czemu nie słuchasz jak mama do ciebie mówi" odpowiada "Nie wiem" i mu tzw. banan na twarz wypływa. Sytuacje są dla mnie nad wyraz irytujące, bo nie rozumiem gdzie robię błąd...Może, cholibka, za dużo dziobem kłapię i dziecię się uodporniło?
Tylko jak tu przestać cały czas gadać skoro się jest od tego uzależnionym? Muszę temat przemyśleć i strategię opracować.
Często chcąc, nie chcąc, myślę o tym spacerując. I wczoraj natknęłam się na rodzinną scenkę.
Przez parking idzie mam dwóch dziewczynek. Starsza grzecznie maszeruje obok mamy, a młodsza, bardziej wyrywna widać, wyrwała do przodu. Mama na to:
- Maja poczekaj
- Maja stój
- Maja tam ulica, samochody
- Maja słyszysz, stój
- Maja mówię coś do ciebie
Oczywiście dziewczynka nie reaguje. Nagle słychać męski głos:
- Maja
I dziecko stanęło jak wmurowane i poczekało na rodziców grzecznie. I tu również ojciec głosu nie podniósł, ale ton był stanowczy. Rodzice podeszli i tato mówi do dziewczynki spokojnym tonem:
- Kochanie, czy bolą cię uszka?
- Nie
- A może nie dosłyszysz na któreś uszko?
- Nie
- To dlaczego nie stanęłaś jak mam wołała?
- Nie wiem -  brzmiała odpowiedź małej
No cóż, skąd ja to znam.


sobota, 27 sierpnia 2011

Jak ona to robi?

Jak kto brzydliwy to nie czytać. dzisiaj, po raz któryś z kolei, zastanawiam się jak moja córka to robi. A konkretnie intryguje mnie kierunek oddawania przez nią...kupy. Przód ok, a zafajdana po same pachy. Kto niewtajemniczony, to nawet powiedziałby, że przy puszczeniu bąka popuściła. Ale ja wiem, że to to nic, z tyłu kryje się coś więcej...I znowu wszystko do prania...Eh


piątek, 26 sierpnia 2011

Wyszła mama z dzieckiem na "spacer"

Żeby wątpliwości nie było, to chodzi o mnie. Wyszłyśmy z mamą z dwójką dzieci, a że mama po drodze załapała nerwa na mnie, to się dla spokojności dzieci rozdzieliłyśmy. Babcia z wnukiem poszła na plac zabaw, a mnie się do JYSK-a zachciało, bo uznałam, ze mi koszyki potrzebne. Autobus zwiał, więc skazana byłam na wędrówkę pieszą, bo musiałam dziś mieć te koszyki i koniec.
Doszłam do skrzyżowania, z którego do wyboru miałam dwie drogi, w prawo lub w lewo. Najczęściej chodzę tą w prawo, ale dziś dla odmiany poszłam w lewo. Obie są przy ruchliwych ulicach, więc tak naprawdę kierunek był bez znaczenia, bo odległość chyba tez podobna.
Po kilku dniach pobytu w domu, wyrwałam się wreszcie na świat zewnętrzny i dziarsko maszerowałam. A droga niekrótka. Zbliżałam się do skrzyżowania, gdzie powinnam skręcić w prawo i prościutko do sklepu. Nagle...ups...droga rozkopana, rozryta...jednym słowem nie ma szans by z wózkiem przejść. Trzeba mi iść kilkaset metrów dalej. No to poszłam...a tam całkiem podobnie, choć teoretycznie lepiej, bo ruch kołowy się odbywał. Miałam do wyboru, spróbować podejść bezpiecznie z wózkiem jak najbliżej i sprawdzić czy się da przejść, albo się cofnąć, ale wtedy z zakupów nici, bo okręgu robić mi się nie chciało, ponieważ odległość dla nóg znaczna. Zdecydowałam sprawdzić, a przy najmniejszym zagrożeniu cofnąć się.
Zatem ruszyłam w drogę, ba, nawet na kawałek chodnika trafiłam, po czym stanęłam, bo jawiły mnie się dwie drogi. Jedna, gdzie odbywał się żmudny i powolny ruch pojazdów i druga, gdzie w niedalekiej odległości roboty drogowe się odbywały. Niewiele myśląc poszłam tą nieuczęszczaną, gdzie dotarłam do robotników, wśród których był jeden z wyższej półki. nie wiem czy brygadzista czy jeszcze wyżej. Problem przedstawiłam i pomogli. Maszyny stanęły i przepuścili mnie. Bezpiecznie dotarłyśmy z Wikunią  tam gdzie dotrzeć mama zamierzała. Oczywiście komentarzy troszkę się nasłuchałam, że wybrałam się z wózkiem na tor przeszkód. Faktycznie, małą w wózku trochę wybujało, ale co ciekawe spała w najlepsze nieświadoma co się wokół niej dzieje. Gorzej, ze o świeżym powietrzu to nawet mowy nie było. Trzeba było mi w parku na następny autobus poczekać, ale ja niestety z tych niecierpliwych jestem. Inna rzecz, że naprawdę miałam ochotę przejść się. Trzeba było mi jednak wybrać tradycyjna drogę, w prawo.
Jak szłam przed ciążą na L-4 to roboty drogowe (budują u nas obwodnicę) były w tzw. lesie. Przez mózg mi nie przeszło, że oni już tam są, bo inaczej w życiu tamtędy bym się nie wybrała

środa, 24 sierpnia 2011

Goście

Niedomagania dzień kolejny. Niestety, w przeciwieństwie do dnia wczorajszego, M. nie mógł dziś zabrać ze sobą Matusia. Tym samym, znowu z bolącym czerepem, zostałam z dziećmi sama. I znowu było mi, prawie, wszystko jedno co się w domu dzieje, byle cicho.
O 11:00 dawka adrenaliny postawiła mnie jednak na nogi, bo zadzwonił tato, ze przyjdzie w odwiedziny do nas z ciocią. Wpadłam w popłoch. Rozejrzałam się krytycznym wzrokiem po domu i uznałam, że teraz, zaraz, natychmiast muszę coś zrobić z tym bałaganem co się w każdym kącie pałęta. Przydałby się jakiś przyspieszony kurs typu "Perfekcyjna pani domu", bo nie miałam pojęcia za co się wziąć, żeby sprawnie i w jak najkrótszym czasie sensownie mieszkanie ogarnąć. Mieli się pojawić za dwie godziny.
Z obłędem w oczach zaczęłam biegać po pomieszczeniach. Tu umyłam dwa kubki, tam wzięłam trzy zabawki, tu wytarłam stół, znowu ze trzy talerze umyłam...W przelocie, kątem oka spojrzałam w lustro i dokonałam odkrycia, że przydałby się fryzjer i jakiś manicure, bo moje pożal się Boże stopy to schowam w skarpetki, ale przecież na łapy rękawiczek w lecie nie nałożę. Zresztą ze skarpetkami w taki upał też średnio, ale założę cienkie...stopki tak zwane.
 Moje pielęgnacyjno - fryzjerskie rozważania przerwała myśl, że czas leci, a ja dalej w lesie. Stanęłam zatem pośrodku i doszłam do wniosku, ze co ja się wysilam, przecież i tak nie zdążę.
Pogłówkowałam i wpadłam na pomysł, że wszystkie klamoty zaniosę do Mateusza pokoju (później tam posprzątam) i go zamknę. Sypialnię też zamknę i mam nadzieję, że ciocia inspekcji domowej zwanej popularnie zwiedzaniem mieszkania, czynić nie zechce.
Kuchnię oraz pokój reprezentacyjny w miarę ogarnąć zdążyłam, poza odkurzaniem, ale przy tym bólu głowy to już na takie ekstremalne doznania się nie odważyłam.  Smętnie spojrzałam na siebie w lustro, no cóż, wyglądam jak własna ciotka, westchnęłam tylko.
Niedługo potem pojawili się: tato i taty siostra. Spojrzawszy na nią i przypomniawszy sobie moje odbicie w domowym zwierciadle, musiałam dokonać poprawki. Zdecydowanie wyglądam jak ciotka mojej ciotki!
Toż cholera jasna, ciocia powinna wyglądać na ciocię czyli kobietę 50+, a nawet bardziej na 60-, a ona wyglądała zdecydowanie lepiej niż kilka lat temu. A figurka...no marzenie! Zanim popadłam w depresję całkowitą, ciotka serdecznie się ze mną przywitała. Uściskała dzieciaki i ... zaczęła nawijać. Oj tak, gadane to ona ma, ale uśmiałam się przy tym za wszystkie czasy słuchając rodzinne anegdoty.
Mniej więcej po godzinie zaczęli się żegnać ja dostałam buziaka, Wiktoria dostała buziaka i koniecznie owego buziaka musiał też dostać Mati. Tyle, że Mati zdążył się zabunkrować już w swoim pokoju. Co zrobiła ciocia? Oczywiście otworzyła drzwi i zajrzała do pokoju, gdzie ja zrobiłam bałaganiarski spęd klamotów. Spłonęłam dziwiczym niemalże rumieńcem i zaczęłam nawet się tłumaczyć z takiego, a nie innego stanu rzeczy. Na co ciocia z wyrozumiałością poklepała mnie po ramieniu i stwierdziła, że też ma dwoje dzieci, które kiedyś również były małe i wcale tłumaczyć się nie muszę. Uff.. Poszli, a ja położyłam Wikunię spać. Adrenalina opadła i poczułam się jak dętka, albo jak flak...no w każdym razie powietrze ze mnie zeszło i klapłam na krzesło pławiąc się w błogiej ciszy.
Nagle się spięłam...Cholera, co tak cicho? Co robi Mati?
Zerknęłam, a moje dziecię, ścierką do naczyń, zresztą dopiero co wypraną, pucuje swoją śmieciarę. A niech sobie czyści pomyślałam i zanurzyłam się w lekturze zwanej internetem. Nagle usłyszałam jakby "plask, plask" Podniosłam głowę...cisza. Pewnie mi się przewidziało. Ale nie, za chwilę znowu "plask, plask" ruszyłam zatem swoje szanowne cztery litery i poszłam sprawdzić źródło dźwięku. Hmm...mój syn nadal pucował zawzięcie, tym razem swój rowerek, mydłem w żelu, którego smętne resztki spływały po ściankach  plastikowego pojemnika. Cała śmieciara, rowerek, trochę wykładziny i ściany wypaćkane było w owym żelu. Mój synek spojrzał na mnie z łobuzerskim uśmiechem i oświadczył "Myłem auto mamo, bo było bludne i jowej teź" Tak, tak synku, widzę...nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać.