Co jakiś czas spotykam się w internecie ze zbulwersowanymi mamami, że inne mamy z katarem i kaszlem prowadzą dzieci swe do przedszkola.
Sama bym się zbulwersowała gdyby to była gorączka, wymioty, dziwna wysypka..co to to nie, ale katar i kaszel?
Skąd ja mam wiedzieć czy powodem kataru i kaszlu nie jest alergia?
Czy w związku z tym mama ma dziecka nie puścić do przedszkola?
Zresztą choroby zakaźne również nie ujawniają się w poniedziałek o 5:30 tylko objawy "gołym okiem" często zauważa dopiero przedszkolanka w ciągu dnia.
Nie mam na myśli sytuacji skrajnych, kiedy to rodzić ewidentnie zaprowadza chore dziecko do przedszkola, z gorączką, słaniające się na nogach, bo i o takich przypadkach słyszałam i dla mnie jest to skrajna nieodpowiedzialność rodzica.
O co mi chodzi? Ano o to, że zamiast próbować zmienić społeczeństwo zmieńmy swoje własne nawyki, bo z obserwacji wynika, że my mało hartujemy nasze dzieci.
Nagminnie je przegrzewamy. Bo gdy przy 2-3 stopniach powyżej zera widzę dzieci w kombinezonach zimowych. Uważam, że to przesada. Spodnie, a pod spodem rajstopy spokojnie by wystarczyły.
Zauważcie, że gdy idziecie z dzieckiem na spacer to idziecie wy, bo dziecko gdy tylko może to biega? W każdym razie moje tak robią gdy tylko się okazja nadarzy, a nawet idąc za rękę podskakują.
Zdarzenie sprzed kilku tygodni. Temperatura w okolicach zera, a my wybraliśmy się nad morze, a na plaży zauważyliśmy "zatopiony" w piasku statek.
Dzieciarnia tak wspaniale się bawiła z tatą, że nawet nie zwracała uwagi na to, że ze spodni powychodziły koszulki. Dwukrotnie próbowałam poprawić, ale tak były zbulwersowane tym, że przerywam zabawą, że dałam sobie spokój. Bawili się około 45 minut. Ja zmarzłam, a im było gorąco.
moje dzieci potrafią rano wyskoczyć w piżamach na podwórko, obojętnie czy jest poniżej czy niewiele powyżej zera. Za pierwszym razem z lekka mną wstrząsnęło, a teraz sobie nawet głowy nie zawracam. Dzieciaki same sobie krzywdy nie zrobią. Dom otwarty, więc jak robi im się za chłodno to wracają. I tyle.
Ale nie zawsze tak było. Mój syn poszedł do żłobka jako dwulatek i miesiąc później zaczął chorować. Po jakimś czasie okazało się, że ma powiększony trzeci migdał, kilka miesięcy później laryngolog stwierdził, że i dwa migdały podniebienne przerosły i zakwalifikował Mateusza do zabiegu wycięcia migdała. Dziecko chorowało tak, że przepuściliśmy siedem terminów! Dopiero gdy nadszedł ósmy termin, udało się przeprowadzić zabieg.
To był 14 maj 2014 roku i od tamtej pory synek nie choruje. Zdarza mu się katar i kaszel, ale mamy sprawdzony zestaw leków i po trzech dniach jest po problemie.
Co ciekawe zawsze jak mu się już ten katar przypałęta to na weekend, więc z reguły w poniedziałek normalnie idzie do przedszkola.
Natomiast Wiktoria jest odporniejsza.
Z tym, że ją zaszczepiliśmy na rotawirusy i pneumokoki. Poszła do żłobka w wieku 10 miesięcy, Kilka razy zachorowała, ostatnio przed zeszłoroczną Wielkanocą. Oczywiście miewa...katar. Trochę przy tym pokaszle, ale również po trzech dniach jest po wszystkim. W tym czasie dzieci normalnie wychodzą i bawią się na podwórku.
Ani katar, ani kaszel nie jest przeciwwskazaniem do wychodzenia na powietrze. Wiele mam o tym zapomina i znowu trzyma w domowym ciepełku.
Przy okazji mi się przypomina letnia "przygoda". Na dworzu w miarę ciepło, choć zimny wiatr wiał, ale postanowiliśmy pójść na plażę. Woda w morzu tak zimna, że stopy wykręcało. Mi wykręcało, nie dzieciom. One przez dwie godziny nad brzegiem uskuteczniały swą radosna twórczość z piaskiem. W międzyczasie wiktoria zakomunikował, ze boli ją gardełko. Na tyle, na ile pozwoliła zerknęłam jej do jamy ustnej i rzeczywiście gardło było zaczerwienione. Machnęłam ręką i tak już tyle czasu w zimnej wodzie siedzi, więc albo się rozchoruje, albo wykuruje. Następnego dnia nie było śladu po czerwonym gardle, ani żadnych innych objawów. Zarazki lubią ciepło i chętnie w tym cieple się rozmnażają.
A wracając do przedszkola pamiętać trzeba, że dzieci "wypuszczone" ze środowiska domowego idą w przedszkolne i tam stykają się z innymi wirusami i bakteriami, które pozostałe dzieci wyniosły ze swoich domów.
I dlatego chorują, bo to jest tez ten czas gdy kształtują swoja odporność, bo paradoksalnie właśnie przebycie chorób uodparnia.