sobota, 16 maja 2015

O niczym

Żródło zdjecia

Gdy zmywałam dziś naczynia wpadł mi do głowy temat, którym chciałam się na blogu podzielić.
Fajny temat, bo sama do siebie zęby szczerzyłam.
Jednak będąc matką Polką dokończyłam zmywanie garów, wstawiłam obiad, pranie i włączyłam dzieciom bajki, żeby napisać na blogu to i owo co mi do głowy przyszło.

Kiedy wreszcie siadłam do komputera okazało się, że pomysł wziął i się ulotnił pozostawiając pustkę.
O czym to ja miałam...?

Wtedy, przy garach wydawało mi się, że mam coś interesującego do przekazania.
Postanowiłam zatem pomyśleć i pamięć przywrócić bujając się na rozklekotanym fotelu na kółkach, który z racji rozklekotania całkiem dobrze udaje fotel bujany.

Gdybym pisała ołówkiem to bym sobie go gryzła...z klawiaturą nie ryzykowałam.
Odpłynęłam myślami...odpłynęłam w niebyt, bo myślałam o...niczym.

Tym samym powstał post o niczym.

No cóż, zawsze to coś.






piątek, 15 maja 2015

Dlaczego zapisałeś dziecko na religię?



Zapisując dziecko do szkoły dostałam oświadczenie,  w którym miałam zaznaczyć czy synek będzie chodził na religię czy na etykę.
Tak się składa, że mój syn ma religię w przedszkolu, więc jemu pozwoliliśmy dokonać wyboru.
Wybrał etykę.
Spytałam go dlaczego nie chce chodzić na religię. W odpowiedzi usłyszałam, że jedna z dziewczynek nie chodzi i w tym czasie się bawi.
Hmm...
Wytłumaczyłam mu, że w szkole wygląda to inaczej. Zrozumiał, ale i tak na religię chodzić nie chce.
Zaakceptowaliśmy wybór dziecka.

Jednak zastanowiła mnie ta niechęć.

Będąc dzieciakiem dorastającym w czasach komuny na lekcje religii biegałam do przykościelnych salek, brałam udział w jasełkach, zapamiętale kolorowałam obrazki w zeszycie od religii.
Mniej więcej do ukończenia III klasy na religię chodziłam chętnie, bo prowadziła ją we wspaniały sposób siostra zakonna. Dziecięce modlitwy, piosenki wzniosłe i radosne -  to było to co lubiłam.

A potem przejęli nas katecheci, katechetki, księża. i to już nie była ta religia. Tu już zaczynałam chodzić w kratkę, a moje zniechęcenie osiągnęło apogeum w klasie VI, kiedy to zimą, przez zaspy brnęłam na religię, na którą się spóźniłam. Katecheta przywitał mnie słowami, że jestem zła, bo zamiast modlić się to się po krzakach włóczę.

Do dziś nie wiem skąd gościu wytrzasnął pomysł z tymi krzakami i to w zimie.  W ogóle bałam się go bardzo.

W VIII klasie bardzo chorowałam, w sumie wszystkich nieobecności zebrało się pół roku. Nieobecności zarówno w szkole jak i na religii. W szkole byłam promowana, natomiast ksiądz na religii, mimo, że wykułam co trzeba do bierzmowania, do egzaminu mnie nie dopuścił i do bierzmowania również, ze względu na brak odpowiedniej frekwencji.

Zawiodłam się. Cholernie się zawiodłam na księżach, kościele...

Pamiętam jeszcze jak wraz z kuzynem co niedzielę "chodziliśmy" do kościoła, a konkretnie obok, na lody, bo msza nas nudziła.

Tak, nudziła. Do dziś jak idę do kościoła przy okazji jakiś uroczystości to nudzę się jak mops.

Ale przyznam, że nie zawsze tak było, bo któregoś lata, na wakacjach u babci odkryłam kościółek, gdzie msze dla dzieci odbywały się na wesoło. Był śpiew, śmiech, aplauz, a kazanie przekazane krótko, niemalże w formie bajki czy baśni. Tam kościół był zawsze pełen dzieciaków.

Ostatnio na imprezach urodzinowych siłą rzeczy schodzimy na tematy szkolne. Pytam zatem czy religia czy etyka i okazuje się, że oprócz naszego dziecka wszystkie inne na religię chodzić będą.
Słysząc jaki jest wybór Mateusza niezmiennie padają pytania: To nie pójdzie do Komunii? A ślub kościelny? Przecież nie będzie mógł wziąć ślubu kościelnego!

Zaraz, zaraz...to rodzice zapisują na religię dla Komunii? Dla ślubu kościelnego?













środa, 6 maja 2015

Uwielbiam takie "problemy"



Moje dzieci ostatnio imprezują więcej niż ja sama kiedykolwiek, bo albo sami mieli urodziny, albo są na urodziny zapraszane.
Urodziny to i prezenty. I zaczyna się główkowanie. Komu i co kupić.
Standardowo każda mama zaproszonego gościa wypytuje mamę solenizanta o to co dziecku kupić i wszystkie mamy, oczywiście również w standardzie, jednogłośnie odpowiadają, że dziecko z wszystkiego się ucieszy. Upsss...problem zatem nadal pozostaje

Skoro mama pozostawia nam pole do popisu w kwestii podarku, to może nasz osobisty dzieć podpowie co kolega lub koleżanka lubią, chcą...
Może inne dzieci podpowiedzą, bo moje nigdy nic nie wiedzą.
Zapytany M. wzrusza ramionami i rzuca hasłem "Nie mam pojęcia"
Co mi zatem pozostaje?
Samej pomyśleć i coś wymyśleć.

Myślę, internety przeszukuję, myszkuję, kombinuję, w wiek dziecka się wcielam...i zastanawiam się co bym ja chciała na ich miejscu.
Łatwo nie jest, bo gdy ja byłam w ich wieku to wybór był niewielki, prawie żaden, a teraz wybór taki, że wybrać ciężko. Pod postacią dziecka chciałabym całkiem sporo.

Ach, zapomniałam dodać, że w tym tygodniu dwie imprezy urodzinowe. U kolegi i u koleżanki, którzy kończą lat 6, więc wcielać się w płcie obie muszę. Dam radę!

Ale zaraz...przecież już całkiem blisko do 1 czerwca! Dzień Dziecka za pasem, więc i swoim sprezentować z tej okazji coś trzeba.

Z Mateuszem problem mniejszy, bo decyzja zapadła już dawno, zaakceptowana przez pierworodnego. To będzie rower!
Jeszcze nie wybraliśmy modelu, a czas goni. Pomyszkuję w przyszłym tygodniu. wszelkie pomysły i sugestie mile widziane.

Zapytałam dziś młodszą córcię co chciałaby dostać na Dzień Dziecka i usłyszałam, że ona nie wie co by chciała.
Z Mateuszem zaczęliśmy jej to i owo podpowiadać i na hasło "klocki" rozświetliły jej się oczy.
Rozmowa odbyła się wczesnym rankiem podczas szykowania do przedszkola, więc nie sprecyzowaliśmy zestawu Lego, bo staramy się tylko klocki tej firmy kupować. Jakoś nie mam przekonania do innych marek, może dlatego, że widzę jak dobre i trwałe są wspomniane klocki.

Wybieram się zatem na poszukiwania prezentów dla solenizantów, bo pierwsza impreza już jutro, a w przyszłym tygodniu skupię się na dzieciach.

I przyznaję, że uwielbiam wybierać prezenty.



piątek, 1 maja 2015

Przewrażliwiona


Plac zabaw i kilkuletnie dziecko wspinające się na uwielbianą przez siebie zjeżdżalnię. Nagle słychać:
- Trzymaj się, bo możesz spaść!
Kilkulatek z uśmiechem patrzy na spanikowaną matkę, po czym niekoniecznie delikatnie sadza swój zadek i zjeżdża. Ale frajda!
Dla kogo frajda, dla tego frajda, bo na pewno nie dla matki-kwoki.
Znacie to?
Ja znam, z autopsji. Do ukończenia przez moje starsze dziecko trzech lat miałam wręcz schizy dotyczące jego bezpieczeństwa.
Do dziś, mimo, że ma prawie 6,5 roku, najchętniej chciałabym cały czas trzymać go za rękę.
Z młodszą to samo, ale ona wystarczy, że poczuje troszkę swobody i już zmyka.
Z M. mają więcej swobody, ale i tak dotarła do mnie informacja, że młoda wybiegła na ulicę. Na szczęście taką o małym natężeniu ruchu.
Mimo, że skończyła już 4 lata, w sklepie wożona jest w wózku. Sklepowym wózku.
Inaczej bawi się w chowanego i ucieka. To ja już wolę ten wózek. Przynajmniej mogę w miarę spokojnie zrobić zakupy.
Starszy biega swobodnie po sklepie, a jak zniknie mi z oczu to wystarczy, że pierwsze kroki skieruję w stronę słodyczy lub zabawek. Na pewno, w którymś z tych działów go znajdę.
Zresztą on sam nas pilnuje i lokalizuje. W przeciwieństwie do siostry.

Jak byli młodsi nie lubiłam chodzić z nimi na place zabaw. Właśnie przez to, że panikowałam, że spadną, że się uderzą, że przewrócą...o rany, jak ktoś z boku patrzył, to pewnie na nieźle stukniętą wyglądałam próbując wszędzie asekurować latorośl.

Czasami w internecie czytam prześmiewcze komentarze dotyczące matek takich jak ja.
To co jednych śmieszy i bawi, dla drugich jest tak naprawdę udręką.
Bo stres związany ze strachem jest wyczerpujący.

Ale jak taki strach racjonalnie wytłumaczyć?
Ja nie umiem.

Przedwczoraj Młody zapytał mnie czy może iść na rower. Do tej pory biegał (ma rower biegowy) po ogródku, ale co tu dużo mówić, metraż ogródka nie pozwala nawet dobrze się rozpędzić. Pozwoliłam zatem, tym bardzie, ze mieszkamy w budynku ogrodzonym z każdej strony. Praktycznie mógł jeździć w kółko. Dostał jedynie polecenie meldować się co jakiś czas. Porozmawiałam z nim również o tym, by nigdy nigdzie z nikim obcym nie chodził. I pewnie jeszcze powtórzę wielokrotnie.

Pierwszego dnia wyglądałam za nim co 5 minut, wczoraj już mniej, a dziś raz. Tym bardziej, że dziecię posłusznie się meldowało co jakiś czas.

Jestem z siebie dumna, że mimo strachu (wielu zapewne uzna, że irracjonalnego) pozwoliłam mu wybiegać się bez nadmiernej kontroli.
Dla mnie to ogromny postęp.

Kolejne wyzwania przede mną, bo przecież Młody jest coraz starszy.
I Młoda zresztą też.








środa, 15 kwietnia 2015

Co mi daje blogowanie?



Kolejny dzień wyzwania u Uli. Co mi daje blogowanie? Co zmieniło w moim życiu?

Blogować zaczełam jakieś 6 lat temu. Początkowa data mi umkneła.. Na pewno na jakimś portalu. Prawdopodobnie były to polki.pl. Potem jeszcze tu i tam, aż 4 lata temu zakotwiczyłam się na dłużej tutaj. Na bloggerze.

Blog traktowałam jako pamiętnik. Był zapiskiem codzienności. I tak sobie pisałam czas dłuższy, odwiedzając blogi o podobnej tematyce, bez świadomości, że blog może być czymś więcej niż tylko pamiętnikiem.
Będac młodą mama dwójki dzieci, jeszcze z deprechą po urodzeniu drugiego dziecka, uciekałam do pisania.  Ach, jakże szczęśliwa byłam jak mi sie pod postem pojawiały komentarze.
Sama chętnie również komentowałam blogi o podobnej tematyce.
Poznawałam coraz więcej innych blogów. Dzień bez bloga był dniem straconym. Traktowałam blogowanie jak...hobby, pewnego rodzaju formę spotkania z koleżankami.
W zaganianym, realnym świecie nie mam czasu sie spotkać.
Choćby na krótką kawę.

Wraz z pojawieniem się dzieci, ten czas na kawe z przyjaciółką gwałtownie się kurczy.
Jak ja bym mogła, to koleżanka nie może, a jak ona wreszcie może to u mnie z czasem krucho.

Jasne, teoretycznie mogłybyśmy się spotkać na placu zabaw, gdzie dziatwa bawiłaby się w najlepsze, a my z termicznym kubkiem parującym własnoręcznie zaparzoną kawą spedzałybysmy miło czas.
no własnie, teoretycznie. W praktyce pewnie uspokajałybyśmy dzieci, tłumaczyły, ocieraly łezki, pomagały w pokonaniu przeszkody, z która dziecko normalnie poradziłoby sobie świetnie same, ale jednak z mamą lepiej. Trudno byłoby nam tak naprawde skupić sie na rozmowie.

Dlatego tak chętnie piszę bloga i chetnie czytam inne. Dla mnie są one niemalże jak te ploteczki z koleżankami.

Ktoś może uśmiechnie się pod nosem, że świat wirtualny to nie to samo co realny, Oczywiście, ale ja to lubię i dobrze mi z tym.

I mimo, że już troszke lat minęło nie zamierzam przestać, a wręcz przeciwnie. Mam ochotę na więcej. Mam pomysły, plany, które będę powoli wdrażać. Jeszcze długo nie zamierzam rezygnować z bloga, bo wiem, że jeszcze bedzie ciekawie.

A Ty dlaczego blogujesz?
A jeśli nie piszesz bloga to co powoduje, że je czytasz?







poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Historia z przeszłości - wyłonił się z ciemności.




Biorę udział w wyzwaniu blogowym Uli. Tematy ciekawe, a pierwszym z nich jest historia z przeszłości.
Jako, że Ula zdradziła tematy wyzwania juz kilka dni temu, to teoretycznie miałam czas się przygotować. W praktyce wyglądało to trochę inaczej.
Wydawało by się, że przeszłość z zasady składa się z historii. Tylko którą opowiedzieć.
Dwa dni myślałam i nic nie wymyśliłam, aż do dziś. A konkretnie do momentu położenia dzieci do łóżek. Położyłam się koło córki i wtedy nadeszło to wspomnienie. Mgliste, a zarazem bardzo wyraźne.

Tamtego dnia pokłóciłam się z rodzicami. Bardzo się pokłóciłam, ale o co...nie pamiętam. Może to było coś poważnego, a może bzdurka z perspektywy osoby dorosłej, ale dla mnie 17, może 18- letniej dziewczyny to był na pewno poważny problem. Tak poważny, że około godziny 22:00 trzasnęłam drzwiami zapłakana i wybiegłam z mieszkania.

Pamietam, że targały mną silne emocje, a na usta cisneły się mocne słowa, że mam dość takiego życia, dość rodziców...

Było ciemno, bardzo ciemno. Jeśli dobrze pamiętam była to jesień. Od mojego osiedla, do morza dzieliły mnie tylko tory i park nadmorski, ale okolica, na której w tej chwili hotel pogania hotel, wówczas była bardzo wyludniona.

Przeszłam tory i zbliżałam się parku nadmorskiego.  Szłam ulicą, przy której znajdowało się tylko jedno, już nieistniejące, sanatorium "Gliwiczanka". O tej porze roku raczej miało niewielu gości, więc wokół nie było nikogo.
Wtedy po przeciwnej stronie ulicy, z parku, wybiegł on.
Duży i czarny.

Boję się psów, zwłaszcza nieznaych i normalnie sparaliżowałoby mnie ze strachu, ale nie tamtego wieczoru.
Tamtego wieczoru byłam tak skupiona na swojej złości, że powiedziałam tylko.
- Piesku idź sobie, zostaw mnie - i szłam dalej.
Nie zostawił.
Poszedł ze mną na plażę, położył mi łeb na kolanach, a ja mówiłam i mówiłam. Wylewałam z siebie potoki słów, a wraz z nimi topniała złość.

Chyba wyczuł, że mi lepiej, bo zaczał koło mnie skakać i zachęcać do zabawy.
Troche poszaleliśmy, kiedy uznałam, że czas do domu.

Wracaliśmy razem do miejsca, w którym sie pojawił.
I znowu powiedziałam
- Piesku idź sobie. Dziękuję.
Tym razem posłuchał i odszedł.
Szedł odwracając kilkukrotnie łeb w moją stronę sprawdzając czy wracam do domu.
Sama co chwilę oglądałam się patrząc na oddalającego się psa, aż za którymś razem już go nie było.





środa, 11 marca 2015

Hartujesz czy inkubujesz?


Co jakiś czas spotykam się w internecie ze zbulwersowanymi mamami, że inne mamy z katarem i kaszlem prowadzą dzieci swe do przedszkola.
Sama bym się zbulwersowała gdyby to była gorączka, wymioty, dziwna wysypka..co to to nie, ale katar i kaszel?
Skąd ja mam wiedzieć czy powodem kataru i kaszlu nie jest alergia?
Czy w związku z tym mama ma dziecka nie puścić do przedszkola?

Zresztą choroby zakaźne również nie ujawniają się w poniedziałek o 5:30 tylko objawy "gołym okiem" często zauważa dopiero przedszkolanka w ciągu dnia.

Nie mam na myśli sytuacji skrajnych, kiedy to rodzić ewidentnie zaprowadza chore dziecko do przedszkola, z gorączką, słaniające się na nogach, bo i o takich przypadkach słyszałam i dla mnie jest to skrajna nieodpowiedzialność rodzica.

O co mi chodzi? Ano o to, że zamiast próbować zmienić społeczeństwo zmieńmy swoje własne nawyki, bo z obserwacji wynika, że my mało hartujemy nasze dzieci.
Nagminnie je przegrzewamy. Bo gdy przy 2-3 stopniach powyżej zera widzę dzieci w kombinezonach zimowych. Uważam, że to przesada. Spodnie, a pod spodem rajstopy spokojnie by wystarczyły.

Zauważcie, że gdy idziecie z dzieckiem na spacer to idziecie wy, bo dziecko gdy tylko może to biega? W każdym razie moje tak robią gdy tylko się okazja nadarzy, a nawet idąc za rękę podskakują.

Zdarzenie sprzed kilku tygodni. Temperatura w okolicach zera, a my wybraliśmy się nad morze, a na plaży zauważyliśmy "zatopiony" w piasku statek.
Dzieciarnia tak wspaniale się bawiła z tatą, że nawet nie zwracała uwagi na to, że ze spodni powychodziły koszulki. Dwukrotnie próbowałam poprawić, ale tak były zbulwersowane tym, że przerywam zabawą, że dałam sobie spokój. Bawili się około 45 minut. Ja zmarzłam, a im było gorąco.




moje dzieci potrafią rano wyskoczyć w piżamach na podwórko, obojętnie czy jest poniżej czy niewiele powyżej zera. Za pierwszym razem z lekka mną wstrząsnęło, a teraz sobie nawet głowy nie zawracam. Dzieciaki same sobie krzywdy nie zrobią. Dom otwarty, więc jak robi im się za chłodno to wracają. I tyle.

Ale nie zawsze tak było. Mój syn poszedł do żłobka jako dwulatek i miesiąc później zaczął chorować. Po jakimś czasie okazało się, że ma powiększony trzeci migdał, kilka miesięcy później laryngolog stwierdził, że i dwa migdały podniebienne przerosły i zakwalifikował Mateusza do zabiegu wycięcia migdała. Dziecko chorowało tak, że przepuściliśmy siedem terminów! Dopiero gdy nadszedł ósmy termin, udało się przeprowadzić zabieg.
To był 14 maj 2014 roku i od tamtej pory synek nie choruje. Zdarza mu się katar i kaszel, ale mamy sprawdzony zestaw leków i po trzech dniach jest po problemie.
Co ciekawe zawsze jak mu się już ten katar przypałęta to na weekend, więc z reguły w poniedziałek normalnie idzie do przedszkola.
Natomiast Wiktoria jest odporniejsza.
Z tym, że ją zaszczepiliśmy na rotawirusy i pneumokoki. Poszła do żłobka w wieku 10 miesięcy, Kilka razy zachorowała, ostatnio przed zeszłoroczną Wielkanocą. Oczywiście miewa...katar. Trochę przy tym pokaszle, ale również po trzech dniach jest po wszystkim. W tym czasie dzieci normalnie wychodzą i bawią się na podwórku.

Ani katar, ani kaszel nie jest przeciwwskazaniem do wychodzenia na powietrze. Wiele mam o tym zapomina i znowu trzyma w domowym ciepełku.
Przy okazji mi się przypomina letnia "przygoda". Na dworzu w miarę ciepło, choć zimny wiatr wiał, ale postanowiliśmy pójść na plażę. Woda w morzu tak zimna, że stopy wykręcało. Mi wykręcało, nie dzieciom. One przez dwie godziny nad brzegiem uskuteczniały swą radosna twórczość z piaskiem. W międzyczasie wiktoria zakomunikował, ze boli ją gardełko. Na tyle, na ile pozwoliła zerknęłam jej do jamy ustnej i rzeczywiście gardło było zaczerwienione. Machnęłam ręką i tak już tyle czasu w zimnej wodzie siedzi, więc albo się rozchoruje, albo wykuruje. Następnego dnia nie było śladu po czerwonym gardle, ani żadnych innych objawów. Zarazki lubią ciepło i chętnie w tym cieple się rozmnażają.

A wracając do przedszkola pamiętać trzeba, że dzieci "wypuszczone" ze środowiska domowego idą w przedszkolne i tam stykają się z innymi wirusami i bakteriami, które pozostałe dzieci wyniosły ze swoich domów.
I dlatego chorują, bo to jest tez ten czas gdy kształtują swoja odporność, bo paradoksalnie właśnie przebycie chorób uodparnia.