Potworny i wszędobylski upał towarzyszy nam dzień cały. M. postanowił mi dziś ulżyć i zabrał starsze dziecko ze sobą. Także zostałam w doborowym towarzystwie swojej córeczki. Nie tylko mnie służył błogi spokój jaki nastał po opuszczeniu mieszkania prze chłopaków. Wiki dzięki temu spokojnie zasnęła, a ja w tym czasie popełniłam obiad, zmieniłam kolor, a raczej odświeżyłam kolor moich kudełków, a nawet zdążyłam ogolić sobie nogi. Normalnie cuda i dziwy. Oczywiście obudziła się w momencie kiedy powinnam farby z głowy się pozbyć, ale posiedziałam jedynie 10 minut dłużej. Potem cichutko się rozglądała leżąc na leżaczku, a ja dokończyłam czynności pielęgnacyjno -kosmetyczne.
Potem ubrałam siebie i małą i wyruszyłyśmy na podbój okolic. Na termometrze przed kuchennym oknem temperatura wskazywała 17 stopni. Podejrzanie niska ta temperatura mi się wydała, bo dzieci w przedszkolu naprzeciwko śmigały na krótki rękaw.I słusznie podejrzliwa byłam, bo ukrop nieziemski i spacer polegał w większości na poszukiwaniu cienia, dobrze, ze wiatr nas nie opuścił i dzięki temu troszkę ulgi przynosił.
W swej naiwności udałam się na spacer nad morze licząc po cichu na większy wiatr. A tam cisza! Ani, ani wyżej wymienionego zjawiska. Pooglądałam pierwszych opalaczy i miłośników morskich fal i szybko się stamtąd ulotniłam. Czy to aby na pewno miesiąc maj?
wtorek, 31 maja 2011
niedziela, 29 maja 2011
Bliskie spotkanie z...szafką
Do wczoraj nie miałam pojęcia jak niebezpiecznie może być we własnym domu. Nasza Wiktoria lubi być noszona i bujana, bo jak się choć na chwilę siądzie to podnosi niezły raban. Ja jeszcze mam alternatywę, bo zatkam ją cyckiem, ale M. czy moja Mama takiego wyboru nie mają. Inna sprawa, to ile można z wiszącym przy cycu ssakiem siedzieć. Wczoraj więc, dla urozmaicenia, wstałam i małej terrorystce sutka brutalnie zabrałam. Jednocześnie zaczęłam domowy spacer uskuteczniać. W tym samym czasie, młody z Babcią w kuchni wdawał się w jakieś dyskusje na temat drugiego śniadania. Babcia usiłowała mojego synka przekonać, że jest głodny, ale on uparcie twierdził, że jest inaczej. Zaczęłam obserwować ich przekomarzania, kiedy nagle pod nogami poczułam przeszkodę. Za cholerę równowagi nie udało mi się złapać i z całym impetem i siłą mojego cielska walnęłam bokiem w stojącą obok szafkę. Ból przeogromniasty, że aż mnie zatkało. Okazało się, ze rolę przeszkody czynił pojazd jeżdżący mojego syna. Na szczęście małą trzymałam w drugiej ręce i ona nawet nie stęknęła. Siłą woli prawie doczołgałam się do wersalki, gdzie próbowałam złapać oddech. W tym samym czasie mama z Mateuszem wpadli do pokoju i moja rodzicielka zabrała Wiki ode mnie, a Mati rezolutnie stwierdził, że "Mama ziobila bam". Z tej złości miałam ochotę kopnąć ten samochód, ale za bardzo mnie bolało, żeby się na taki wyczyn wysilać.
Zdążyłam zacząć w miarę normalnie oddychać, kiedy zadzwonił M. Powiedziałam mu co się stało, na co on parsknął śmiechem i stwierdził, że powinnam uważniej pod nogi patrzeć. Tylko co było w tym śmiesznego? Chyba do niego nie docierało, że naprawdę mocno grzmotnęłam.
Do końca dnia pobolewało i pobolewało, ale jakoś funkcjonowałam. Wieczorem położyłam spać najpierw Wiktorynkę, a potem Matusia i razem z nim zasnęłam. W tym czasie M. wrócił z trasy i mnie obudził, a ja, mimo prób usilnych, tyłka z bólu z łóżka małego podnieść nie mogłam. W końcu jakoś się zwlekłam i w szloch wielki na ramieniu mego mężczyzny uderzyłam.. Przyćmionym umysłem podejrzewałam u siebie złamanie otwarte niemalże, ale za to umysłowo przytomny M. stwierdził, ze skoro przy oddechu nic mnie nie boli to raczej jest to stłuczenie i żyć będę.
Dziś nadal boli mocno, ale nie tak jak wczoraj wieczorem, więc fakt ten wykorzystuję do dzisiejszego nic nierobienia. W końu inwalidka jestem.
Zdążyłam zacząć w miarę normalnie oddychać, kiedy zadzwonił M. Powiedziałam mu co się stało, na co on parsknął śmiechem i stwierdził, że powinnam uważniej pod nogi patrzeć. Tylko co było w tym śmiesznego? Chyba do niego nie docierało, że naprawdę mocno grzmotnęłam.
Do końca dnia pobolewało i pobolewało, ale jakoś funkcjonowałam. Wieczorem położyłam spać najpierw Wiktorynkę, a potem Matusia i razem z nim zasnęłam. W tym czasie M. wrócił z trasy i mnie obudził, a ja, mimo prób usilnych, tyłka z bólu z łóżka małego podnieść nie mogłam. W końcu jakoś się zwlekłam i w szloch wielki na ramieniu mego mężczyzny uderzyłam.. Przyćmionym umysłem podejrzewałam u siebie złamanie otwarte niemalże, ale za to umysłowo przytomny M. stwierdził, ze skoro przy oddechu nic mnie nie boli to raczej jest to stłuczenie i żyć będę.
Dziś nadal boli mocno, ale nie tak jak wczoraj wieczorem, więc fakt ten wykorzystuję do dzisiejszego nic nierobienia. W końu inwalidka jestem.
sobota, 28 maja 2011
Niewyżyta dwudziestopięciolatka
Dwa dni temu była u mnie położna środowiskowa. Fajna z niej kobieta. Na pierwszej wizycie powiedziała mi, że mam jeść wszystko co do tej pory, tylko w mniejszych ilościach i obserwować małą. Posłuchałam. Tylko nie jestem pewna jak zniesie to moja figura. Oczywiście nie obżeram się bigosem czy fasolką po bretońsku, ale kalafior, brokuł, truskawki już na koncie mam. A właściwie to mamy, bo Wiktoria pośrednio też. Reakcja małej? Żadna, więc na jutro koktajl truskawkowy planuję. Mniam, na samą myśl się ślinię.
Wracając do położnej. Spytała mnie przedwczoraj jak moje samopoczucie, to psychiczne...No, trafiło na podatny grunt. Wyżaliłam się kobiecinie, a ona ze zrozumieniem kiwała głową. Spytała mnie czy mam mniej cierpliwości do starszego dziecka, na co ja, zgodnie z prawdą stwierdziłam, że w ogóle nie mam cierpliwości, i ze się wszystkim obrywa, bo nie mam gdzie się wyładować. I tak jej biadoliłam i biadoliłam. Ale pomogło. W końcu ona do mnie, że może za wcześnie dzieci mam i jeszcze się nie wyszalałam. Eee...że jak? Trzydzieści osiem lat to za wcześnie? Powiedziałabym, że raczej późno właśnie. Na co ona wybałuszyła na mnie oczy i stwierdziła, że myślała, że jestem niewyżytą dwudziestopięciolatką! A to dobre! Oczywiście humor mi poprawiła nieziemsko. Rozmowa z nią bardzo mi pomogła, bo wreszcie miałam z kim pogadać, kto mnie zrozumiał. No chyba, ze bardzo dobrze udawała, ze mnie rozumie.
Swoja drogę muszę skończyć z tym marudzeniem, bo przecież nie ja jedna dzieci mam. W życiu nie przewidziałam, że tak sobie psychicznie będę źle radzić. M. to ma dobrze. Czy jedzie w trasę, czy nie bierze nogi za pas pod byle jakim pretekstem i... tyle go widzieli. Nie mówię, że nie pomaga. Boże broń. Tylko zazdroszczę mu tej swobody wyjść, bo u mnie to cała procedura, więc jak mam wyjść z dwójką dzieci i ze sobą...to nie wychodzę. Ma być ktoś do pomocy i już.
Wracając do położnej. Spytała mnie przedwczoraj jak moje samopoczucie, to psychiczne...No, trafiło na podatny grunt. Wyżaliłam się kobiecinie, a ona ze zrozumieniem kiwała głową. Spytała mnie czy mam mniej cierpliwości do starszego dziecka, na co ja, zgodnie z prawdą stwierdziłam, że w ogóle nie mam cierpliwości, i ze się wszystkim obrywa, bo nie mam gdzie się wyładować. I tak jej biadoliłam i biadoliłam. Ale pomogło. W końcu ona do mnie, że może za wcześnie dzieci mam i jeszcze się nie wyszalałam. Eee...że jak? Trzydzieści osiem lat to za wcześnie? Powiedziałabym, że raczej późno właśnie. Na co ona wybałuszyła na mnie oczy i stwierdziła, że myślała, że jestem niewyżytą dwudziestopięciolatką! A to dobre! Oczywiście humor mi poprawiła nieziemsko. Rozmowa z nią bardzo mi pomogła, bo wreszcie miałam z kim pogadać, kto mnie zrozumiał. No chyba, ze bardzo dobrze udawała, ze mnie rozumie.
Swoja drogę muszę skończyć z tym marudzeniem, bo przecież nie ja jedna dzieci mam. W życiu nie przewidziałam, że tak sobie psychicznie będę źle radzić. M. to ma dobrze. Czy jedzie w trasę, czy nie bierze nogi za pas pod byle jakim pretekstem i... tyle go widzieli. Nie mówię, że nie pomaga. Boże broń. Tylko zazdroszczę mu tej swobody wyjść, bo u mnie to cała procedura, więc jak mam wyjść z dwójką dzieci i ze sobą...to nie wychodzę. Ma być ktoś do pomocy i już.
poniedziałek, 23 maja 2011
Minął miesiąc
No proszę, to już miesiąc jak się moje młodsze dziecię płci żeńskiej na świecie pojawiło. Szybko czas leci, oj szybko. Za szybko rzekłabym nawet, bo oto za cztery miesiące do pracy czas. A Wiki do żłobka. Nie wiem jak Mateusz, ale mała ma spore szanse żeby do niego pójść.. Trochę tak głupio 4,5 miesięczne maleństwo zostawiać z jakimiś obcymi babami, ale wyboru nie mam. Państwo nie daje nam luksusu dłuższego zostawania z dziećmi, a jeść trzeba i za mieszkanie płacić również.
Teraz mam wrażenie, że deja vu przeżywam. Przecież całkiem niedawno Mati był taki malutki, a teraz chłopaczysko rozwydrzone wyrosło. Jakoś dajemy jednak radę, choć widać, że Mati najciężej to znosi, bo mamusia (tak, tak, zwłaszcza ja) nie jestem cała jego, tylko teraz musi się mną dzielić z "dzidzi".
Staram się jak najczęściej go przytulać, a nawet czasami zignoruje płacz małej, żeby on nie poczuł się "gorszy". Na szczęście mały sam reaguje po chwili, żeby Wiki wziąć na ręce.
A Wiktorynka? No cóż, jak wszystkie maluchy w jej wieku lubi być noszona, kołysana i bujana i w nosie ma to, że mama ma obiad zrobić. Ona swoje jedzonko ma na żądanie, a to, że inni mogą być głodni ma w głębokim poważaniu.
Póki co dom jest jej podporządkowany czy tego chcemy czy nie.
Teraz mam wrażenie, że deja vu przeżywam. Przecież całkiem niedawno Mati był taki malutki, a teraz chłopaczysko rozwydrzone wyrosło. Jakoś dajemy jednak radę, choć widać, że Mati najciężej to znosi, bo mamusia (tak, tak, zwłaszcza ja) nie jestem cała jego, tylko teraz musi się mną dzielić z "dzidzi".
Staram się jak najczęściej go przytulać, a nawet czasami zignoruje płacz małej, żeby on nie poczuł się "gorszy". Na szczęście mały sam reaguje po chwili, żeby Wiki wziąć na ręce.
A Wiktorynka? No cóż, jak wszystkie maluchy w jej wieku lubi być noszona, kołysana i bujana i w nosie ma to, że mama ma obiad zrobić. Ona swoje jedzonko ma na żądanie, a to, że inni mogą być głodni ma w głębokim poważaniu.
Póki co dom jest jej podporządkowany czy tego chcemy czy nie.
czwartek, 19 maja 2011
Mój, powiedzmy, zgrabny tyłek.
Zaczynam cieszyć się macierzyństwem. Mam na myśli to podwójne, bo pojedynczym cieszę się od dość dawna. Po ciężkich pierwszych dwóch tygodniach, wraca mi radość życia, choć oczywiście miewam kryzysy i kaprysy. Jednak nie mam zamiaru się z nich tłumaczyć, bo mnie się nerw należy i w żadnym wypadku nie zamierzam na stałe do mej twarzy uśmiechu na siłę przyklejać. Także lepsze i gorsze dni się zdarzają i zdarzać będą. Zdecydowanie humor mój się pogarsza, jak w zwierciadle odbijają się moje rubensowskie kształty, tym bardziej, że mam świadomość, że to lustro wyszczupla. Ale mam zamiar coś z tym zrobić. Na razie zatrzymałam się na poziomie tego "coś", a za czymś konkretnym przeszukuję sieć globalną zwaną internetem.
Przypuszczam zatem, że prędzej czy później się za siebie wezmę. Z doświadczenia wiem, że to pewnie będzie później, chyba, ze dostanę wcześniej jakiegoś motywującego kopniaka.
Na pewno takim kopniakiem nie będzie pewna uwaga, którą wczoraj usłyszałam.
Mianowicie wczoraj, późnym popołudniem, by nie rzec, że wieczorem wyszliśmy z dziećmi na dwór. Mateusz kilkugodzinny pobyt na świeżym powietrzu zaliczył wcześniej z tatusiem, ale ja podczas ich nieobecności najpierw próbowałam przez półtora godziny ululać Wiktorię do snu, a jak już usnęła, to zabrałam się za obiad. Właściwie to za trzy obiady (taka miałam wenę!). Tym samym dla M. zrobiłam żeberka, dla Mateusza kartoflankę z dodatkiem drobniutkiego makaronu, a dla siebie klopsiki, bądź pulpety (jak je zwał tak zwał) z mięsa drobiowego z dodatkiem ryżu. Dla Wiktorii, póki co sama jestem obiadem, więc kolejne danie mnie ominęło. Niestety czas mi się skończył zanim zabrałam się za surówki, czyli chłopaki wrócili i Wiki się obudziła. Sporządzenie trzech dań to i tak wyczyn nie lada w moim wykonaniu, który zbyt często się nie powtarza i nie jestem w stanie przewidzieć kiedy znowu się powtórzy.
Na wspomnianym wcześniej spacerze, spotkałam się z opinią, że mam zgrabne nogi. To nic, ze opinia była wyrażone przez dwie, dość już wiekowe panie,w stanie wskazującym... Tak czy inaczej ich uwaga mile połechtała moje ego. Oczywiście zaraz podzieliłam się ową uwagą z M., na co on stwierdził, ze łydki mam owszem, owszem ( a cóż to znaczy?), gorzej z udami, których mam nadmiar (oj, czy musiał mi to przypominać?) Mina z lekka mi zrzedła, ale jeszcze dodał, ze mój tyłek zrobił się całkiem okrąglutki i zgrabny mimo wielkości. Hmm..nie zdradziłam mu, że pod spódnicą znajdują się gacie, które moje to i owo korygują. Niech już będzie ten mój tyłek w jego oczach krągły i zgrabny.
Przypuszczam zatem, że prędzej czy później się za siebie wezmę. Z doświadczenia wiem, że to pewnie będzie później, chyba, ze dostanę wcześniej jakiegoś motywującego kopniaka.
Na pewno takim kopniakiem nie będzie pewna uwaga, którą wczoraj usłyszałam.
Mianowicie wczoraj, późnym popołudniem, by nie rzec, że wieczorem wyszliśmy z dziećmi na dwór. Mateusz kilkugodzinny pobyt na świeżym powietrzu zaliczył wcześniej z tatusiem, ale ja podczas ich nieobecności najpierw próbowałam przez półtora godziny ululać Wiktorię do snu, a jak już usnęła, to zabrałam się za obiad. Właściwie to za trzy obiady (taka miałam wenę!). Tym samym dla M. zrobiłam żeberka, dla Mateusza kartoflankę z dodatkiem drobniutkiego makaronu, a dla siebie klopsiki, bądź pulpety (jak je zwał tak zwał) z mięsa drobiowego z dodatkiem ryżu. Dla Wiktorii, póki co sama jestem obiadem, więc kolejne danie mnie ominęło. Niestety czas mi się skończył zanim zabrałam się za surówki, czyli chłopaki wrócili i Wiki się obudziła. Sporządzenie trzech dań to i tak wyczyn nie lada w moim wykonaniu, który zbyt często się nie powtarza i nie jestem w stanie przewidzieć kiedy znowu się powtórzy.
Na wspomnianym wcześniej spacerze, spotkałam się z opinią, że mam zgrabne nogi. To nic, ze opinia była wyrażone przez dwie, dość już wiekowe panie,w stanie wskazującym... Tak czy inaczej ich uwaga mile połechtała moje ego. Oczywiście zaraz podzieliłam się ową uwagą z M., na co on stwierdził, ze łydki mam owszem, owszem ( a cóż to znaczy?), gorzej z udami, których mam nadmiar (oj, czy musiał mi to przypominać?) Mina z lekka mi zrzedła, ale jeszcze dodał, ze mój tyłek zrobił się całkiem okrąglutki i zgrabny mimo wielkości. Hmm..nie zdradziłam mu, że pod spódnicą znajdują się gacie, które moje to i owo korygują. Niech już będzie ten mój tyłek w jego oczach krągły i zgrabny.
wtorek, 17 maja 2011
Ja Was kocham, a Wy śpicie
Takie mniej więcej teksty przelatują przez mój półprzytomny mózg o około 3:00 godzinie nad ranem. Tym bardziej (tak jak dziś wieczorem) jak Mateusz postanowi nie spać u siebie, a z nami i o godzinie 23:00 zmienia miejsce swego położenia. Wiktorynka głodnieje w nocy przeważnie co dwie godziny, wiec o tej 3:00 mam zdecydowany kryzys. Siłą woli usiłuję nie zasnąć karmiąc małą i nie zaryć nosem w podłogę. U mnie mogłoby się to w najgorszym przypadku skończyć złamaniem i tak krzywego nochala, ale gorzej z małą, więc całą siłę woli skupiam na tym, żeby nie zasnąć. Co wcale nie oznacza, że o tym nie marzę.
Dziś Wiktoria budziła się nawet częściej, więc po 4:00 ja zmieniłam miejsce położenia i towarzystwo, a konkretnie poszłam z małą do drugiego pokoju i tam się uwaliłam z cycem w okolicach nosa mojego młodszego dziecka. Tak jak przypuszczałam nie miała ona problemu, żeby swój dziobek ustawić w odpowiedniej pozycji i zacząć ssać. Obejrzawszy jej najbliższe otoczenie i stwierdziwszy, że nic jej grozić nie powinno, z błogą miną zasnęłam, mając nadzieję na sen co najmniej dwugodzinny. O naiwności! Płonne te moje nadzieje, bo o 4:30 Mati postanowił się obudzić i sprawdzić czym spowodowana jest nieobecność mamy. Szybko nas odnalazł i mimo, wydawało mi się, że mojej błyskawicznej akcji odstawienia małej do łóżeczka...to było już pozamiatane, bo ona nie zamierzała już spać.
M. tylko się odwrócił na drugi bok i nawet specjalnie nie zainteresował się tym co się dzieje. Wytrzymałam do 6:00 i jak wiki ponownie zasnęła to bez skrupułów zwaliłam M. z wyra i kazałam mu się zająć Matim. O dziwo nawet nie dyskutował. i całe szczęście, bo moja chęć spania była tak silna, że jakby choć słowo powiedział to chyba bym wybuchła nie bacząc na dzieci ani sąsiadów, bo podejrzewam, że o tak wczesnej porze to nieźle po bloku niesie.
Położyłam małą i z ulgą zaobserwowałam, że ani drgnie, więc sama wreszcie położyłam...jak się okazało na całe 23 minuty...aż tyle zajęła jej drzemka... A potem M. się dziwi, że chodzę ze skwaszoną miną...kiedy po takich ekscesach mnie się tylko sen marzy. Ale czy facet zrozumie?
Dziś Wiktoria budziła się nawet częściej, więc po 4:00 ja zmieniłam miejsce położenia i towarzystwo, a konkretnie poszłam z małą do drugiego pokoju i tam się uwaliłam z cycem w okolicach nosa mojego młodszego dziecka. Tak jak przypuszczałam nie miała ona problemu, żeby swój dziobek ustawić w odpowiedniej pozycji i zacząć ssać. Obejrzawszy jej najbliższe otoczenie i stwierdziwszy, że nic jej grozić nie powinno, z błogą miną zasnęłam, mając nadzieję na sen co najmniej dwugodzinny. O naiwności! Płonne te moje nadzieje, bo o 4:30 Mati postanowił się obudzić i sprawdzić czym spowodowana jest nieobecność mamy. Szybko nas odnalazł i mimo, wydawało mi się, że mojej błyskawicznej akcji odstawienia małej do łóżeczka...to było już pozamiatane, bo ona nie zamierzała już spać.
M. tylko się odwrócił na drugi bok i nawet specjalnie nie zainteresował się tym co się dzieje. Wytrzymałam do 6:00 i jak wiki ponownie zasnęła to bez skrupułów zwaliłam M. z wyra i kazałam mu się zająć Matim. O dziwo nawet nie dyskutował. i całe szczęście, bo moja chęć spania była tak silna, że jakby choć słowo powiedział to chyba bym wybuchła nie bacząc na dzieci ani sąsiadów, bo podejrzewam, że o tak wczesnej porze to nieźle po bloku niesie.
Położyłam małą i z ulgą zaobserwowałam, że ani drgnie, więc sama wreszcie położyłam...jak się okazało na całe 23 minuty...aż tyle zajęła jej drzemka... A potem M. się dziwi, że chodzę ze skwaszoną miną...kiedy po takich ekscesach mnie się tylko sen marzy. Ale czy facet zrozumie?
środa, 11 maja 2011
Coś zrobiłam, coś kupiłam
Wreszcie dwa dni temu, ruszyłam cztery szanowne litery i poszłam do fryzjera. Można by rzec podwórkowego fryzjera, bo mieści się ów salon dosłownie w podwórku. Kiedyś, przypadkiem go zauważyłam i z braku miejsc w innych miejscach, tam w Wielki Piątek poszliśmy z Matim. Podobało nam się podejście fryzjerki do dziecka, zresztą kobieta w ogóle sympatyczna. W piątek poprzedni wylądował u niej M., a ja w poniedziałek właśnie. Poszłam ze zdjęciem Ewy Drzyzgi w krótkiej fryzurce. Bardzo mi się jej ta krótka fryzurka podobała i miałam nadzieję, że będę miała podobną. Niestety, mimo fotki efekt nie taki. Jednak "bawiła" się moimi włosami ponad godzinę. O dziwo, fryzurka M. się podoba, ja jednak muszę przyzwyczaić.
Dzisiaj natomiast pojechaliśmy cała familią do Centrum Handlowego. Kupiłam sobie buty, na szpilce. Jeszcze nie bardzo wiem do czego je będę nosiła, z racji gwałtownie skurczonej garderoby. ale coś wymyślę. Oczywiście kupiłam też to i owo dzieciom, choć nie miałam w planach. Jednakże skusiły mnie w Smyku 50% przeceny. I tak dla małej kupiłam body i dresik bawełniany, a młodemu koszulkę i adidasy. Buty to już w Deichmannie.
Udało mi się namówić też mojego M. i kupił mi książkę z jakiejś serii romansów paranormalnych. Nie pamiętam ani autora, ani tytułu, a nie chce mi się tyłka od komputera ruszyć, żeby sprawdzić. Generalnie z wypadu jestem zadowolona, choć trochę pod koniec zakłóciła go Wiki, bo obudziła się i dawała taki koncert, ze czterokrotnie musiałam jej dać cycka. Tak płakała, że z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa, a duchota nie pomagała.
Mała przysnęła dopiero w samochodzie, ale i tak mocnym snem nie zamierzała spać i co chwilę kwiliła. Za to Mateusz jak zasnął, to obudził się dopiero na miejscu. I w ogóle płacz siostry mu nie przeszkadzał.
Dzisiaj natomiast pojechaliśmy cała familią do Centrum Handlowego. Kupiłam sobie buty, na szpilce. Jeszcze nie bardzo wiem do czego je będę nosiła, z racji gwałtownie skurczonej garderoby. ale coś wymyślę. Oczywiście kupiłam też to i owo dzieciom, choć nie miałam w planach. Jednakże skusiły mnie w Smyku 50% przeceny. I tak dla małej kupiłam body i dresik bawełniany, a młodemu koszulkę i adidasy. Buty to już w Deichmannie.
Udało mi się namówić też mojego M. i kupił mi książkę z jakiejś serii romansów paranormalnych. Nie pamiętam ani autora, ani tytułu, a nie chce mi się tyłka od komputera ruszyć, żeby sprawdzić. Generalnie z wypadu jestem zadowolona, choć trochę pod koniec zakłóciła go Wiki, bo obudziła się i dawała taki koncert, ze czterokrotnie musiałam jej dać cycka. Tak płakała, że z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa, a duchota nie pomagała.
Mała przysnęła dopiero w samochodzie, ale i tak mocnym snem nie zamierzała spać i co chwilę kwiliła. Za to Mateusz jak zasnął, to obudził się dopiero na miejscu. I w ogóle płacz siostry mu nie przeszkadzał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)