środa, 13 lipca 2011

Kamień z serca

Dziś krótko, bo wypompowana jestem. Byliśmy z malutką u neurologa dziecięcego. Prywatnie. Dla własnego zdrowia psychicznego. Lekarka małą zbadała, poprzekręcała, popodnosiła, a nawet mała "oberwała" młoteczkiem i zastanawiała się po co przyszliśmy. To jej powiedziałam o "proroctwach" pewnej osoby. Parsknęła śmiechem i powiedziała, że absolutnie żadnego porażenia dziecko nie ma. Wszystko jest w porządku. Jak usłyszała jak z małą ćwiczę to powiedziała, żeby spokojnie kontynuować i uczyć małą prawidłowego napięcia mięśni. I nic więcej nie trzeba...Uff...kamień serca. Jednak tak się stresowałam tą wizytą, a byliśmy po południu, że jak emocje opadły, to ja nie do życia jestem. Ale do jutra stanę na nogi.

wtorek, 12 lipca 2011

Kałuże i nowy second hand

Wczoraj do południa u nas padało. Padało i padało, że omal w deprechę deszczową nie popadłyśmy. Mam na myśli mamę i mnie. Na szczęście w okolicach południa przestało padać i postanowiłyśmy korzystać z okazji i na czas jakiś z domu wybyć. Oczywiście Mati niekoniecznie miał ochotę na to samo co my i zaprotestował głośno i wyraźnie, że on nie idzie. Z jednej strony staram się słuchać co mówi do mnie i brać pod uwagę jego zdanie, żeby nie czuł się zlekceważony, a z drugiej przecież nie będziemy kwitnąć w domu, bo akurat on tak chce. Zatem próbowałam przekonać dziecię moje po dobroci, surowym tonem nakazując, prośbą i groźbą, ale uparciuch poszedł w zaparte. W końcu wpadłam na genialny, jak się okazało, pomysł: kałuże!!! Obiecałam synkowi, ze jak założy kalosze to będzie mógł chodzić po wodzie. Pomysł się okazał skuteczny. Uśmiech wypłynął na lico dziecka i chętnie dał się ubrać i bez marudzenia z babcią wyszedł.
Oczywiście na spacerze wszystkie kałuże jego. Już po pięciu minutach był mokry po samego pampersa, ale przy tym tak radosny i roześmiany, że wzbudzał uśmiech na twarzach przechodniów. Pilnowałam tylko, żeby "hopa" do kałuży robił jak nikogo w pobliżu nie ma.

Po drodze zauważyłam reklamę nowego second handu. Lumpeks jak lumpeks, w pierwszej chwili żadnego entuzjazmu nie wzbudził, dopóki nie zauważyłam, ze dotyczy on tylko i wyłącznie odzieży niemowlęcej i dziecięcej. Ooo, to już wzbudziło moje zaciekawienie, więc się do niego udałam, gdzie zostałam poinformowana, ze otwarcie nastąpi dnia następnego, czyli dzisiaj. Godzina 10:30 i się tam zameldowałam wiedziona ogromną ciekawością. M. stał na zewnątrz z Wiktorią, Mati szalał między wieszakami, a ja z wypiekami na twarzy rozglądałam się wokół. Efektem mojego rozglądania była o 100 zł lżejsza kieszeń. i wszystko kupione dla Wikuni. Jako pierwsza klientka dostałam 30% upustu, choć normalnie w dniu dzisiejszym było 20%.
Kupiłam jej dwie sukieneczki, piękny płaszczyk-grzybek, spodenki, dwa bodziaki, dresik, bluzeczkę, rampersik, buciki, sweterek, półśpiochy. I pewnie jeszcze bym buszowała, ale nie byliśmy przygotowani finansowo. Mieliśmy tylko tą stówkę.
Po przyjściu do domu przyjrzałam się bliżej zakupom i jeszcze bardziej podekscytowana stwierdziłam, ze spokojnie mogę mieszać, zestawiać, kombinować i komponować ze sobą ciuszki, bo większość do siebie kolorystycznie pasuje.
Co ciekawe, dziś rano przeglądałam allegro, gdzie znalazłam komplecik dżinsy ze sweterkiem. Sweterek śliczny, malinowy z truskaweczką, ale uznałam, że po licho mi te dżinsy. I co? Pierwsze co mi się w lumpku rzuciło na oko to ten sweterek!!! Mało nie zapiałam na jego widok. Oczywiście pierwszy w koszyku wylądował.
Jako, ze mała cały czas spała, to chłopaki poszli z zakupami do domu, a ja spacerowałam, spacerowałam, spacerowałam...Już nawet podejrzliwie zerkałam na to moje małe szczęście, ale ona dalej spała i spała i spała... Zachciało mi się kawy, takiej pysznej latte, więc zamówiłam sobie w kawiarence, gdzie obudziła się też Wika. Wyciągając ją z wózka zauważyłam, że cała prawa strona bluzki jest zalana. Wkładka laktacyjna nie wytrzymała i przepuściła co nieco. Trudno, cóż miałam zrobić. Spokojnie siadłam, malutką nakarmiłam, pyszną kawkę skonsumowałam i do domu ruszyłam. Po drodze zeszłam się ze swoimi chłopakami, gdzie M. na mój widok parsknął śmiechem. Zgromiłam go wprawdzie wzrokiem, ale specjalnie na niego to nie podziałało i nadal się śmiał. Prawie doszliśmy do domu... No właśnie, prawie robi zasadniczą różnicę, bo paskudne, wielkie ptaszysko zwane rybitwą, zrobiło sobie z mojej bluzki toaletę...Bezczelne ptaszysko.

sobota, 9 lipca 2011

Duszno i prawie porno

Wczoraj M wyruszył w trasę, więc dziś z odsieczą przybyła moja mama. Ledwo w drzwi weszła to zakomunikowała, ze dziś z dzieciaczkami trzeba wyjść szybciej, bo później będzie bardzo gorąco. Udało nam się wyjść jeszcze przed dziesiątą. Rzeczywiście, już się czuło, ze dzień będzie upalny i nie tylko, bo chyba nie zdążyliśmy dojść do końca bloku jak już się lepiłam, bo wysoka wilgotność powietrza była.
Oczywiście obrałyśmy kierunek na morze. Woda gładka jak tafla...Oj chętnie bym się tak zanurzyła w wodzie przy takiej temperaturze. Niestety brakuje mi podstawowej rzeczy, a mianowicie stroju. Bez tego nie da rady, a do plaży dla nudystów odległość znaczna, zresztą zwolenniczką pokazywania jak mnie Pan Bóg stworzył nie jestem. Zakiełkowała mi jednak myśl, żeby takowy strój sobie zakupić. Mam nadzieję, że do końca sezonu z kiełkującej myśli wykluje się jakiś przyzwoity strój kąpielowy.
Przed południem byłyśmy z dzieciaczkami  w domu, a popołudniu ponownie urządziłyśmy sobie kurs, ale tym razem po parkach w centrum.Trochę ich jest mniejszych i większych. Mateusz zachowywał się na granicy normy, więc nawet obydwa spacery do przyjemnych zaliczam. Ita na obu spała, z wyjątkiem końcówki spaceru nr dwa, bo wtedy postanowiła się obudzić i domagać żarełka.
Byłyśmy akurat blisko miejsca, gdzie lubię z nią przysiąść i ją nakarmić, bo znajduje się ono w podwórku i niedaleko jest plac zabaw, gdzie mój pierworodny, pod babcinym okiem mógł się wyszaleć. Z reguły ludzi w tym miejscu nie ma, albo raczej na nich po prostu nie trafiałam, ale tym razem ludź był. Zresztą siedział na "mojej" ławce w postaci starszej pani. Wobec tego zasiadłam na ławce, powiedzmy, że prawie na przeciwko pani starszej. Wyjęłam moje drące się dziecię z wózka, przystawiłam do piersi, przykrywając się przy tym pieluszką tetrową. Nie będę udawać, że jak karmię, to wpatruję się tylko i wyłącznie w moją córcię. Absolutnie nie. Właśnie wtedy, jak najbardziej się rozglądam, więc spojrzałam również na panią siedzącą na ławce na przeciwko. Uśmiechnęłam się do niej grzecznie (bo nawet udaje mi się czasem być pogodną), ale pani w odpowiedzi przyszpiliła mnie zgorszonym wzrokiem. O, żesz ty jędzo! Normalnie zeźliła mnie i nawet przez chwilę, miałam ochotę zdjąć pieluszkę i pokazać matkę karmiącą w całej okazałości. Patrzyła na mnie jakbym co najmniej na golasa na ławce kankana tańcowała. Dałam sobie na wstrzymanie jednak, bo nie zamierzałam tracić przez jędzę humoru.
Długo jednak nie posiedziałyśmy z małą, bo dorwało mnie końskie robactwo i dwukrotnie użarło. Na szczęście Wikunia już się najadła i mogłyśmy stamtąd się ewakuować.
Po drodze zaliczyliśmy jeszcze szybkie lody. Właściwie to ja je zaliczyłam, bo mama na dukanie, Mati może z pół łyżeczki zjadły i uznał, że "zimde", po czym przestał się lodem interesować, a zaczął obserwować pałętające się na ziemi robactwo. A było tego mnóstwo. Dlatego też, razem z mamą zarządziłyśmy powrót do domu, żeby małemu, w związku z licznym robactwem jakiś szalony pomysł nie wpadł do głowy.

piątek, 8 lipca 2011

Jeździ czy biega?

W maju tego roku postanowiliśmy z M. zakupić naszemu pierworodnemu rowerek. Jako, że mały jakoś nie może sobie przyswoić umiejętności pedałowania (obojętnie czy na trzech czy na czterech kółkach), postanowiliśmy mu kupić rowerek biegowy. Zbliżał się przecież Dzień Dziecka. Zaczęliśmy przeglądać Allegro w poszukiwaniu odpowiedniej sztuki. W końcu wybraliśmy, rowerek firmy Kettler z hamulcem, bo zależało nam bardzo, żeby takowy był.
Rowerek przyszedł kilka dni przed 1 czerwca, ale nie czekaliśmy, bo dwulatek jeszcze nie kojarzy, ze akurat tego dnia jest takie a nie inne święto. Pierwsze wyjście i Mati prowadził rowerek między nogami, więc M. więcej rowerek nosił niż mały korzystał.
Później było jeszcze kilka wyjść z tatą, a wczoraj wyszliśmy razem, więc miałam okazję popatrzeć jakie Młody postępy poczynił. a poczynił niezłe. Na szczęście tym razem aparat wzięłam i uwieczniłam co nieco

Uff, w aparacie jest również kamera i od razu zastrzegam, ze to mój debiut w dodawaniu filmów.
myślałam, że rowerki biegowe są coraz popularniejsze, więc zdziwiłam się, ze szalejący Mati wzbudzał taką sensację. Na szczęście pozytywną.

wtorek, 5 lipca 2011

Chyba mnie wykończą...

Jak mówi stare porzekadło:Dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Czy jakoś tak to brzmi. Wspominałam, ze Wiktoria urodziła się w zamartwicy okołoporodowej. Informację tą przekazał mój M. m.in. swojej szefowej. Naprawdę wspaniała kobieta, dusza człowiek, ale...uprawia czarnowidztwo. Spotkałam się z nią wczoraj, tak na dłużej i się nasłuchałam. Szefowa twierdzi, że skoro urodzona Wika w zamartwicy tzn., że ma porażenie mózgowe. Na samo to hasło nogi mi się ugięły. Przecież do cholery, lekarze mówili, ze wszystko w porządku. Na co zostałam zbita z pantałyku pytaniem czemu neonatolog kazał z małą ćwiczyć. Coś jest jednak nie tak. Przykurcze są spowodowane właśnie tym porażeniem. Nagadała mi, nagadała, że prawie miałam łzy w oczach.
Zna ona młodego mgr od rehabilitacji, który podobno właśnie maluszkami się zajmuje. Tzn. magisterkę albo właśnie obronił albo w najbliższym czasie bronić będzie. Niedokładnie zrozumiałam.
Byliśmy dziś u niego. Poobserwował małą. kilka odruchów albo ich brak mu się nie spodobał i stwierdził, że najlepiej by się udać do lekarza od rehabilitacji ruchowej dziecięcej. I najlepiej jeszcze, żeby zlecił ćwiczenia metodą Vojty. A cóż to za diabeł? Nie wiedziałam, że są lekarze od rehabilitacji, nie wspominając już o tej metodzie.
Postanowiliśmy z M. po powrocie do domu przeszukać internet w celach informacyjnych. Całą drogę powrotną patrzyłam na moją niunię, która uśmiechała się do mnie słodko póki nie zasnęła. Jestem przerażona myślą, że mogłaby być chora.
Po drodze przypomniało mi się, że mam w Poznaniu koleżankę, która rehabilituje maluchy od kilku lat. Temat mnie do tej pory nie interesował, bo nie miał potrzeby interesować. Cudem, mimo, że nie kontaktowałyśmy się od kilku lat, miałam jej telefon i na szczęście okazał się aktualny.
Madzia wysłuchała mojego sprawozdania, po czym oświadczyła, ze ten chłopak to idiota. Mała ma skończone dopiero dwa miesiące i wiele ruchów czy odruchów ma prawo u nie występować. Niepokoić się należy po trzecim miesiącu. Lekarz od rehabilitacji to zbędny wydatek lepiej zainwestować w neurologa dziecięcego i rehabilitanta. Według niej, metoda Vojty zdaje egzamin dopiero przy naprawdę ciężkich przypadkach, a u takiego malucha jak moja Wiktoria to nie ma potrzeby. No i przede wszystkim uspokajała mnie, ze to lekarz ma stwierdzić czy rzeczywiście jest z dzieckiem coś nie tak, a nie jakiś pseudorehabilitant.
Przekazałam informacje M., ale widziałam, ze jest on tak samo ogłupiały jak ja. Trzeba przyznać, ze jego szefowa naprawdę ma siłę przekonywania. I nawet jak trzech lekarzy powie, ze jest dobrze, to ona i tak będzie umiała wzbudzić wątpliwość.
Przy tych "rewelacjach" z ostatnich dwóch dni, to problem żłobka zszedł w tym momencie na plan dalszy. A ja modlę się, żeby z niunią było wszystko dobrze.
Na koniec kilak fotek małej




niedziela, 3 lipca 2011

Czterdzieści lat minęło...

Na szczęście nie mnie...Jeszcze nie. Dziś czterdziechę kończy mój M. Długo się głowiłam co by tu z tej okazji mu sprezentować. Generalnie nie obchodzimy urodzin ani imienin, ani rocznic jakichkolwiek. Na szczęście oboje w tym temacie jesteśmy zgodni. Uznałam jednak, że głupio tak udać, że nie pamiętam, bo on doskonale zdaje sobie sprawę, że pamięć do dat czy numerów mam absolutnie dobrą. Tym samym od jakiegoś czasu głowiłam się nad prezentem. Kilka dni temu, z głupia frant, bez jakiegokolwiek planu wlazłam do Big Stara i ujrzałam wielkie SALE. Upatrzyłam dwie podkoszulki, a że M. dość ubogo ma w garderobie w tym temacie, to mu je zakupiłam i uznałam, że dam własnie w prezencie. Godzinę później już sama byłam zniesmaczona swym pomysłem, bo dwie podkoszulki na taką okazję, to co najmniej durny prezent. Dokupiłam zatem krem-żel w aptece przeciwzmarszczkowy.
Ci co mnie znają, to doskonale wiedzą, że kompletnie spostrzegawcza nie jestem, nie zauważyłam zatem, że mam torbę z BS z ogromnym napisem WYPRZEDAŻ. Zorientowałam się dopiero w piątek wieczorem i wczoraj w te pędy zaliczyłam jeszcze zakup torby papierowej na prezenty. Napis na torbie, jakże by inaczej, brzmiał "40 urodziny"
Dziś rano Mati, wręczył jeszcze śpiącemu M. torbę z prezentami. Oczywiście nie byłby on sobą gdyby nie skomentował: Jedna koszulka nadaje się dla dziadka, druga za jasna, a zmarszczek ja przecież nie mam.
Mówił to jednak tonem żartobliwym, więc widziałam po minie, że się ucieszył.
Po południu zabrał mnie na pyyszny deser lodowy.  Mnie tylko, bo Mati ma tego typu specjały w głębokim poważaniu...Mniam....A potem się dziwię, że mi doopa rośnie.
A co tam! Odchudzać się będę, jak zwykle zresztą, od jutra.

sobota, 2 lipca 2011

Nie chcę, ale jestem zmuszona.

Może się coś uda w sprawie żłobkowej. Okazało się, że ktoś kogo znam,może pomoże. Nie byłam tego świadoma dopóki mnie nie uświadomiono. Szkoda tylko, że będę zobowiązana wobec kogoś, wobec kogo wolałabym nie mieć żadnych zobowiązań. Jestem jednak w sytuacji podbramkowej i nie mam co się honorem unosić. Honorem brzuchów nie napełnimy ani nie zapłacimy za mieszkanie.
Zresztą jeszcze nic nie jest załatwione, ale zadzwoniłam dziś i przedstawiłam problem. W trakcie mówienia głos mi się załamał, ale naprawdę, fakt, że nie mam gdzie zostawić dzieci, a w październiku MUSZĘ do pracy wrócić, spędza mi sen z powiek. Mam nadzieję, ze się uda. Trzymajcie kciuki!!!