niedziela, 23 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Jak co roku o tej porze pora życzeń nadeszła.
Zatem jak co roku życzę wszystkim zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia.
Dużo jedzenia, aż do przejedzenia.
Moc prezentów, byle trafionych.
Miłej rodzinnej atmosfery, ale nie udawanej.


Wesołych Świąt!




piątek, 21 grudnia 2012

Dziecięca katastrofa

Obiecałam dziś Mateuszowi, że jak ładnie zje zupę to dostanie snack nesquick'a

Młody wpałaszował zupę, snacka obiecanego dostał i zaczął konsumować.
Oczywiście nie usiedział z tyłkiem tylko musiał szwendać się po pokoju. Chwilę go obserwowałam, a potem zatopiłam się w lekturze książki.
Nagle usłyszałam krzyk.
Zerwałam się na nogi. Gdzie Mateusz?!
Młody wyłonił się zza fotela z histerycznym płaczem, tupiąc nogami i machając ręką.
- Co się stało?!
- Mamo boli!!
- Ale co boli?
- Boli, boli!!!
Co jest do cholery? Co on dotknął? Pomyślałam zaniepokojona.
Umyłam mu ręce, ale jakiejś wielkiej rany nie zobaczyłam, tylko trzy małe kropeczki, ale Mati darł się wniebogłosy widać bolało go bardzo.
Zaprowadziłam go zatem za fotel gdzie leżał papierek od ciastka, nadgryzione ciastko  i niedaleko rozgałęźnik z kablami.
- Mati co dotknąłeś?
Młody pokazał palcem w nieokreślony punkt na podłodze, ale tak się zanosił, ze nie mógł nic wykrztusić.
- Dziecko, uspokój się i powiedz co dotknąłeś?
Tym razem pokazał na ciastko.
No ciastko mu raczej krzywdy nie zrobiło.
- Synek, nic nie rozumiem. Co dotknąłeś?
Tym razem zęba pokazał.
Nie skumałam.
- Ząb Cię boli?
Pokręcił głową i coś zaczął przez łzy dukać.
W końcu zaskoczyłam.
- Jedząc ciastko ugryzłeś się w palca?
Tym razem trafiłam, bo synek pokiwał głową i ponownie łzami się zalał.
Może nie powinnam, ale roześmiałam się. Co za ulga.


czwartek, 20 grudnia 2012

Przedświątecznie

Jak wczoraj postanowiłam tak dziś zrobiłam. wróciłam do porządków przedświątecznych.
Wydawało mi się, że skoro przeprowadzaliśmy się niecałe cztery miesiące temu to niewiele bedzie do "oporządzenia". A tu niespodzianka. Wywaliłam już dwa wory niepotrzebnych "przydasie". Planuję jeszcze zrobić porządek w zabawkach (czytaj: wywalić ile się da). Nawet podjęłam dziś próbę, ale starszy dzieć uderzył w lamenta, że on nie chce, że on lubi, że on będzie się bawił, że będzie po sobie sprzątał i żeby nie wyrzucać. Spojrzałam trochę zbita z tropu na trzymane w rękach Wikusine grzechotki.
- Będziesz się bawił grzechotkami?
- Eee...ale tylko grzechotki wyrzuć.
Tym razem uległam. Do czasu.
Ubraliśmy też dzisiaj choinkę. Według mnie jest urocza, ale na razie nie możemy zapalić światełek, bo przedłużacza brak, ale zapewniam , że lampki są i cierpliwie czekaja na dodatkowy kabelek.
Szarańcza dzielnie pomagała








A później poszli się bawić do swojego pokoju. Ja zasiadłam do komputera, ale oczywiście cisza mnie zaintrygowała. Zajrzałam zatem do pokoju dzieci i...




...pozostało mi tylko westchnąć.

środa, 19 grudnia 2012

Domowo

Od piątku przebywam z Szarańczą pod jednym dachem przez 24 godziny na dobę. Efekt? Oznaki silnej nerwicy.
Mati wziął się i rozchorował w piątek. Syropy typu "precz z gorączką" pomagały na 3-4 godziny. Znaczy się, że coś było na rzeczy. Do tego doszło narzekanie na bólu gardła i uszu (obu!) nie napawało optymizmem.
Nasz rodzinny był podobnego zdania, bo, mimo, ze wróg antybiotyków wszelakich, tym razem zakomunikował, że niestety antybiotyk  BEZWZGLĘDNIE. No to się kurujemy
M. wyjechał na kilka dni, więc jestem z młodzieżą sama i chyba oszaleję.
W związku z powyższym przygotowania do Świąt znacznie spowolniały, a nawet rzekłabym, że zanikły zupełnie. Planuję w dniu jutrzejszym na właściwe tory powrócić i zacząć przedświątecznie ogarniać to co do ogarnięcia zostało..
Ale mamy za to choinkę!
Żywa, nieduża, bo około 1,5 metra ma, śliczna, ale jeszcze nie ubrana. Mnie się podoba taka jak jest, wcale nie musiałabym jej stroić...
Szarańcza po kilkuminutowym zafascynowaniu choinką przestała się nią interesować. I dobrze.Ciekawe czy przystrojona będzie również mało atrakcyjna.
Spędzamy sobie zatem czas w domu. Dzieci z nudów dostają małpiego rozumu, a ja dostaję z nimi pierdolca, bo ich pomysły czasami na czerwono zabarwiają mi obraz przed oczami.
Ale damy radę, bo kto jak nie my?
Teraz kochane aniołki sobie śpią, a ja mam błogą chwilę ciszy i spokoju. Dla siebie.


piątek, 14 grudnia 2012

Szalony piątkowy poranek

Generalnie wpadłam wczoraj na głupi pomysł. Pomyślałam, że jak, wyjątkowo, maluchy będą spać ze mną to przestanę do nich latać i choć jedną noc prześpię.
Mój błąd.
Spałam chyba z koparką i jakimś walcem. Na dodatek miał on włączony silnik, bo chrapał cała noc (powiększone migdały).
Wstałam zatem stłamszona, niewyspana, generalnie ledwo żywa.
Powtórek nie przewiduję.
Jak to zwykle bywa o poranku trzeba było skorzystać z toalety. Szarańcza dla towarzystwa również się przypałętała.
I tu błąd numer dwa. Zapomniałam wczoraj, po kąpieli bąbli, wypuścić wody. Zatem woda nadal miała się całkiem dobrze w brodziku i zabawki jej towarzyszące również. Wiki na widok gumowej kaczuchy od razu straciła zainteresowanie otoczeniem, ale kaczuchą niestety nie. W konsekwencji cała piżama mokra i trochę podłogi.
Zabrałam młodej zabawkę i wyprowadziłam z łazienki.
Błąd numer trzy.
Mała dostała mega wścieku, histerii i ogólnie niepohamowanej furii.
Przebranie jej graniczyło z cudem, ale się udało. W końcu straciłam do rozdarciucha cierpliwość i zaprowadziłam ją na fotel do ich pokoju. Posadziłam i powiedziałam "Jak się uspokoisz to po ciebie przyjdę".
Cisza nastąpiła po jakichś dziesięciu sekundach. Odczekałam jeszcze chwilkę i wzięłam ją na ręce.
Uspokoiła się. Uff...




środa, 12 grudnia 2012

Miało nie być

Jakoś weny brak, więc i notki miało nie być. Ale w faktach wieczornych wspomniano o dzisiejszej dacie. Uznałam, że w takim dniu warto jednak coś napisać ku pamięci.
Tylko co?
Dzień o dziwo nie obfitował w jakieś ciekawe wydarzenia poza porannym buntem Małej Księżniczki, która nie chciała założyć rękawiczek.
Dziatwa w miarę spokojnie w żłobku i przedszkolu zmieniła przyodziewek. Kurka wodna, no nie ma się czego przyczepić.
Było dziś zebranie Rady rodziców w przedszkolu, które trwało aż 25 minut. Sami byliśmy zdziwieni, że tak nam sprawnie poszło.
Aaa, no przecież miało miejsce wielkie wydarzenie dzisiaj. Sama zrobiłam naleśniki!!! I sama je zeżarłam, bo nikt inny nie chciał. Dobrze, że byłam przewidująca i ciasta zrobiłam na 6 sztuk.
Wszystko odbyło się pod czujnym okiem mojej mamy, która uznała, że nie może być tak, że ja naleśników nie umiem, bo przecież one są takie proste. No cóż, rzeczywiście są proste :)
I to by było na tyle.
Acha i jeszcze mi się coś przypomniało. Udało mi się na allegro wylicytować ciuszki dla Wikusi


W sumie zapłaciłam za nie około 30 zł z przesyłką.
Aż jestem ciekawa jak wyglądają w rzeczywistości.
Uwielbiam "przekopywać" allegro.



poniedziałek, 10 grudnia 2012

Miłość od pierwszego wejrzenia

Zaczęło się od M.
Kiermasz świąteczny a na nim stoisko. Inne. Pełne drewnianych cudowności.
- Zobacz jaki samolot
Popatrzyłam, na cenę zerknęłam, buzię rozdziawiłam. To u nas w kraju można jeszcze kupić takie zabawki za 25,00 PLN ?
Poszliśmy stamtąd, ale tryby w mózgownicy ruszyły. Kalkulowanie, przeliczanie, z czego można zrezygnować, żeby kupić...
Nie tylko ja o tym myślałam...
Decyzja zapadła.
Wracając z dziećmi do domu zboczyliśmy na kiermasz.
Za chwilę Mati dzierżył samolot drewniany, a Wiki dostała drewnianego człapiącego pelikana (koszt 27,00 PLN)
Wikusia pokochała pelikana całym sercem. Nie pozwoliła dotknąć go nikomu przez ponad 2 godziny.
Dwie godziny z hakiem moje dziecko bawiło się jedną zabawką! Gdybym sama tego nie widziała to bym nie uwierzyła.





Mati dzisiejszego popołudnia był dzielnym pilotem




A na koniec trochę przytulasów