Kolejny rok minął jak z bicza strzelił. Generalnie był to dobry rok. Jedynie zmiana pracy jest tą zmianą negatywną. finansowo oczywiście. Poza tym najważniejsze, że ten rok wszyscy żegnamy w pełnym zdrowiu. Nawet Mati się wykaraskał i teraz z ciekawością spogląda przez okno jak "ścielają", bo przecież już jest głośno i kolorowo, bo młodzież ma problem z oczekiwaniem do północy.
Zatem na nadchodzący 2012 rok życzę wszystkim zdrowia, szczęścia, uśmiechu, realizacji postanowień i spełnienia marzeń.
sobota, 31 grudnia 2011
piątek, 30 grudnia 2011
A może tak fitness?
Od jakiegoś czasu, mój M. powiedzmy, że subtelnie i delikatnie, daje mi do zrozumienia, że...Tfu, kłamię, mówi mi wręcz wprost, że może tak na jakiś aerobik bym poszła, żeby tu i ówdzie wysmuklić i nadmiar kilogramów zrzucić. Ja bardzo chętnie. Ba, od razu bym biegła, ale na siłownię, bo ją lubię i nie muszę na konkretną godzinę tylko, jak się wyrobię. Już nawet kombinować zaczęłam jaki by tu sobie skompletować strój do ćwiczeń. Oczywiście żadne "Najki" czy "Riboki" w grę nie wchodzą z powodów finansowych, ale jakiś chiński krzak to bym sobie wzięła za jakieś 30 zeta. Strzelam z ceną, bo jeszcze się nie orientowałam. Tak czy siak myślę, że za 50-60 zł to sobie jakiś tam podkoszulek i spodnie skompletuję. Skarpetki i buty posiadam w stanie nawet dobrym, więc w nie inwestować nie muszę, bo to by opóźniło cały proceder. Buty to ja lubię mieć konkretne. I takowe są.
Oczywiście wizje i plany uczęszczania na owe zajęcia już snułam, tym bardziej, że M. z racji "martwego" sezonu częściej jest na miejscu, więc dziećmi by się zajął. Gdybym tak na przykład owo chińskie ubranko wzięła do pracy i zaraz po niej myk, myk na siłownię...Hmmm...ten plan mi się bardzo spodobał, ale...No właśnie, jest ale...Z tego wszystkiego zapomniałam, że piersią karmię, więc pójście po pracy na siłownię jest mało realne, a właściwie nierealne, chyba, że publicznie chciałabym się zalać własnym, osobistym mlekiem. Takowej chęci, ani potrzeby nie posiadam, więc plan muszę zweryfikować, tyle, że mi jakoś wtedy godzin brakuje do rozplanowania. W domu z pracy około 17:00 bym była, ssaka do piersi przystawiła, więc na ćwiczeniach to 17:40 najwcześniej mogłabym się pojawić. Wiki jest kąpana około 19:00, więc już musiałabym być w domu. Czasu zatem miałabym zbyt mało. Z tego co pamiętam z lat młodości, moja bytność na siłowni kształtowała się od 1,5 do 2 godzin..,Oj to były czasy...Teraz jestem jednak czasowo ograniczona, poza weekendem, ale żeby schudnąć to sobota, niedziela to za mało...Hmm...a może tak by się zmobilizować jednak w domu? Głupoty gadam, a raczej piszę. Dobrze wiem, że nic z tego, bo na siłowni nie ma komputera, a w domu i owszem. Zatem zamiast na rowerek, który stoi dwa metry ode mnie, to klapię z dupskiem ...wiadomo gdzie. Przed komputerem. A od tego dupsko mi się zmniejszyć nie chce.
Oczywiście wizje i plany uczęszczania na owe zajęcia już snułam, tym bardziej, że M. z racji "martwego" sezonu częściej jest na miejscu, więc dziećmi by się zajął. Gdybym tak na przykład owo chińskie ubranko wzięła do pracy i zaraz po niej myk, myk na siłownię...Hmmm...ten plan mi się bardzo spodobał, ale...No właśnie, jest ale...Z tego wszystkiego zapomniałam, że piersią karmię, więc pójście po pracy na siłownię jest mało realne, a właściwie nierealne, chyba, że publicznie chciałabym się zalać własnym, osobistym mlekiem. Takowej chęci, ani potrzeby nie posiadam, więc plan muszę zweryfikować, tyle, że mi jakoś wtedy godzin brakuje do rozplanowania. W domu z pracy około 17:00 bym była, ssaka do piersi przystawiła, więc na ćwiczeniach to 17:40 najwcześniej mogłabym się pojawić. Wiki jest kąpana około 19:00, więc już musiałabym być w domu. Czasu zatem miałabym zbyt mało. Z tego co pamiętam z lat młodości, moja bytność na siłowni kształtowała się od 1,5 do 2 godzin..,Oj to były czasy...Teraz jestem jednak czasowo ograniczona, poza weekendem, ale żeby schudnąć to sobota, niedziela to za mało...Hmm...a może tak by się zmobilizować jednak w domu? Głupoty gadam, a raczej piszę. Dobrze wiem, że nic z tego, bo na siłowni nie ma komputera, a w domu i owszem. Zatem zamiast na rowerek, który stoi dwa metry ode mnie, to klapię z dupskiem ...wiadomo gdzie. Przed komputerem. A od tego dupsko mi się zmniejszyć nie chce.
środa, 28 grudnia 2011
Zmieniłam
Od kilku lat, z uporem maniaka, który nie kuma co i jak, kwitnę, a właściwie kwitnęłam w sieci T-mobile. Ostatnio skończyła mi się umowa (miałam na doładowania), więc zaczęłam intensywnie przeglądać oferty innych sieci...Doszłam do wniosku, że ciemna masa ze mnie, bo te oferty wydają mi się niemal identyczne. Postanowiłam zatem pójść i pogadać z ludkami w punktach sprzedaży, może mi co w tej głowie rozjaśnią. Nie rozjaśnili, ale pan z Play był najbardziej przekonujący, żartobliwy i nie tracił cierpliwości słuchając moich pytań. I dlatego przeszłam do Play i dostałam smartfona (cokolwiek to jest) za 1 zł "HUAVEI Ideos U8500"
Zadzwoniłam do mamy w celach pochwalenia się i pierwsze jej pytanie było o ten smartfon właśnie. Co to jest? No cóż, nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, ale w najbliższym czasie przekopię sieć i na pewno będę mądrzejsza w tym temacie. W każdym razie ten smartfon wygląda jak telefon i z tego co wiem gadać się przez niego da, a o to właśnie chodzi. Resztę funkcji, z czasem mam nadzieję, rozgryzę.
A to mój nowy telefon :)
P.S.
Poczytałam w internecie opinie. No cóż, nienajlepsze...Ups! Ale ja to właściwie do rozmów i sms-ów używam, więc przeżyję jego "badziewatość" (jak to w jakiejś opinii przeczytałam).
Zadzwoniłam do mamy w celach pochwalenia się i pierwsze jej pytanie było o ten smartfon właśnie. Co to jest? No cóż, nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, ale w najbliższym czasie przekopię sieć i na pewno będę mądrzejsza w tym temacie. W każdym razie ten smartfon wygląda jak telefon i z tego co wiem gadać się przez niego da, a o to właśnie chodzi. Resztę funkcji, z czasem mam nadzieję, rozgryzę.
A to mój nowy telefon :)
P.S.
Poczytałam w internecie opinie. No cóż, nienajlepsze...Ups! Ale ja to właściwie do rozmów i sms-ów używam, więc przeżyję jego "badziewatość" (jak to w jakiejś opinii przeczytałam).
wtorek, 27 grudnia 2011
Przesąd, zabobon?...Mam nadzieję, że tak!
Od kilku dni myślę. Oczywiście myślenie nie jest u mnie stanem wyjątkowym, wprost przeciwnie. Czasami myślę wręcz za dużo o wszystkim i o niczym, ale od kilku dni myślę o prezentach, a właściwie o jednym konkretnym. O portfelu, którego podarowałam mojemu M...
Strasznie mi się ów portfel podobał i maiałam nadzieję, że mojemu M. spodoba się również. Jednakże jego komentarz zbił mnie z nóg. Portfel i owszem mu się spodobał, ale mniej jego zawartość, a raczej jej brak. No bo skąd ja miałam do cholery wiedzieć, że się pustego portfela nie daje, że choć grosik, a powinien być, bo inaczej biedę i nieszczęście sprowadzić na obdarowanego można...Żyję na tym padolu lat prawie czterdzieści i nie słyszałam o takim przesądzie. No i stało się...wizja biedy, głodu i ubóstwa niemalże spędza mi sen z powiek...choć z drugiej strony skąd się taki przesąd wziął i kto go wymyślił? A jak już się ten nieszczęsny portfel pusty podarowało, to jak urok odczynić? Przecież to bzdura jakaś! Ale ziarnko niepokoju zasiane...
Że też ja wujcia Google wcześniej nie zapytałam jakich prezentów lepiej nie dawać, ale mnie do głowy nie przyszło, że coś robię nie tak...
Tfu...na psa urok!
Strasznie mi się ów portfel podobał i maiałam nadzieję, że mojemu M. spodoba się również. Jednakże jego komentarz zbił mnie z nóg. Portfel i owszem mu się spodobał, ale mniej jego zawartość, a raczej jej brak. No bo skąd ja miałam do cholery wiedzieć, że się pustego portfela nie daje, że choć grosik, a powinien być, bo inaczej biedę i nieszczęście sprowadzić na obdarowanego można...Żyję na tym padolu lat prawie czterdzieści i nie słyszałam o takim przesądzie. No i stało się...wizja biedy, głodu i ubóstwa niemalże spędza mi sen z powiek...choć z drugiej strony skąd się taki przesąd wziął i kto go wymyślił? A jak już się ten nieszczęsny portfel pusty podarowało, to jak urok odczynić? Przecież to bzdura jakaś! Ale ziarnko niepokoju zasiane...
Że też ja wujcia Google wcześniej nie zapytałam jakich prezentów lepiej nie dawać, ale mnie do głowy nie przyszło, że coś robię nie tak...
Tfu...na psa urok!
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Nieee...znowu!
Ja stanowczo protestuję!!! Mam dość pałętających się wszem i wobec wirusów, bakterii czy innych, równie upierdliwych zarazków. Wikusia wprawdzie "jedynie" zasmarkana, ale Mati...dopadła go w nocy gorączka 38,9, a około 13:00, mimo podawanych leków, było 39,9 st.! Przeraziłam się nie na żarty. Zrobiliśmy Młodemu okłady z chłodnych pieluch tetrowych i dostał dawkę ibuprofenu. Przeszło, na około 5 godzin. Po 18:00 już miał 38,9. Ponownie dostał Ibalgin...
Przy gorączce powtarza, że go boli ucho, także jutro znowu czeka nas wizyta u lekarza...biedny ten mój synuś. Przez ostanie trzy miesiące choruje non stop, a wcześniej nawet nie wiedzieliśmy co to przeziębienie. Katar może miał ze trzy razy...Eh
Przy gorączce powtarza, że go boli ucho, także jutro znowu czeka nas wizyta u lekarza...biedny ten mój synuś. Przez ostanie trzy miesiące choruje non stop, a wcześniej nawet nie wiedzieliśmy co to przeziębienie. Katar może miał ze trzy razy...Eh
niedziela, 25 grudnia 2011
Świątecznie
Wszystkim zdrowych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia życzę. U nas czas lenistwa nastał, bo mimo, że na Wigilii u moich rodziców, to żarełka u nas tyle, że tylko jeść. Spalić nie ma jak, bo pogoda tak zgniła, że nawet nie chce się wychodzić, w obawie o załapanie jakiejś infekcji.
Wystroiłam wczoraj moje maluchy do dziadków, ale u nich tak gorąco, że Mati niemalże od progu ściągnął koszulę i w podkoszulku buszował, a małą rozebrałam chwilkę później, więc w bodziakach przy stole Wigilijnym była:)
Wydaje mi się, że otrzymane prezenty zadowoliły wszystkich. Ja otrzymałam kolejną książkę, z ukochanej przeze mnie serii Nocni Łowcy "Pocałunek nocy"
oraz wodę perfumowaną Lolita Lempicka
Mrruuuu...woda obłędnie pachnąca. Dodatkowo dostałam jeszcze zestaw kosmetyków Dermiki.Także Mikołaj trafił idealnie w moje gusta.
Dzieciom prezenty Gwiazdor z lekka zmodyfikował i tak Wikunia dostała inną lalkę, a Mati zamiast auta grę zręcznościową. Myślę, że na tej modyfikacji dzieci skorzystały.
Dzień wczorajszy był jakiś zwariowany, mimo, że to nie u nas była organizowana Wigilia, to jakiś taki chaos organizacyjny zapanował. Eee, co ja udawać będę, chaos jest u nas normą. Nie inaczej zatem było wczoraj. Tempo z lekka czas zwolnił podczas wieczerzy, a potem...znowu chaos, bo ogólne rozpakowywanie prezentów, więc harmider spokój zastąpił. Ogólnie było wesoło, a jedynym zgrzytem był...aparat. Zdjęcia wyszły bardzo kiepskiej jakości i nie wiem czemu. Pół zdjęcia wyraźne, drugie pół jakieś strasznie jasne i niewyraźne przez to. Większość fotek zatem do wykasowania i przez to jestem trochę zła.
Jakieś jednak zostały i kilka wrzucam
Mimo świątecznej i wesołej atmosfery, kogoś mi brakowało. Mojego braciszka. Nie wiem o co i dlaczego się na mnie pogniewał i co ja takiego złego zrobiłam, że od kilku lat nie chce utrzymywać ze mną kontaktów...Może gdybym wiedziała to byłoby mi łatwiej zrozumieć...Kiedyś , mimo dzielącej nas różnicy wieku, byliśmy świetnym rodzeństwem i mieliśmy ze sobą wspaniały kontakt...Teraz nie mamy w ogóle...I bardzo mi przykro z tego powodu. Brakuje mi go na co dzień, a teraz, w ten świąteczny czas, szczególnie. Wesołych Świąt Bratku!
Wystroiłam wczoraj moje maluchy do dziadków, ale u nich tak gorąco, że Mati niemalże od progu ściągnął koszulę i w podkoszulku buszował, a małą rozebrałam chwilkę później, więc w bodziakach przy stole Wigilijnym była:)
Wydaje mi się, że otrzymane prezenty zadowoliły wszystkich. Ja otrzymałam kolejną książkę, z ukochanej przeze mnie serii Nocni Łowcy "Pocałunek nocy"
oraz wodę perfumowaną Lolita Lempicka
Mrruuuu...woda obłędnie pachnąca. Dodatkowo dostałam jeszcze zestaw kosmetyków Dermiki.Także Mikołaj trafił idealnie w moje gusta.
Dzieciom prezenty Gwiazdor z lekka zmodyfikował i tak Wikunia dostała inną lalkę, a Mati zamiast auta grę zręcznościową. Myślę, że na tej modyfikacji dzieci skorzystały.
Dzień wczorajszy był jakiś zwariowany, mimo, że to nie u nas była organizowana Wigilia, to jakiś taki chaos organizacyjny zapanował. Eee, co ja udawać będę, chaos jest u nas normą. Nie inaczej zatem było wczoraj. Tempo z lekka czas zwolnił podczas wieczerzy, a potem...znowu chaos, bo ogólne rozpakowywanie prezentów, więc harmider spokój zastąpił. Ogólnie było wesoło, a jedynym zgrzytem był...aparat. Zdjęcia wyszły bardzo kiepskiej jakości i nie wiem czemu. Pół zdjęcia wyraźne, drugie pół jakieś strasznie jasne i niewyraźne przez to. Większość fotek zatem do wykasowania i przez to jestem trochę zła.
Jakieś jednak zostały i kilka wrzucam
Mimo świątecznej i wesołej atmosfery, kogoś mi brakowało. Mojego braciszka. Nie wiem o co i dlaczego się na mnie pogniewał i co ja takiego złego zrobiłam, że od kilku lat nie chce utrzymywać ze mną kontaktów...Może gdybym wiedziała to byłoby mi łatwiej zrozumieć...Kiedyś , mimo dzielącej nas różnicy wieku, byliśmy świetnym rodzeństwem i mieliśmy ze sobą wspaniały kontakt...Teraz nie mamy w ogóle...I bardzo mi przykro z tego powodu. Brakuje mi go na co dzień, a teraz, w ten świąteczny czas, szczególnie. Wesołych Świąt Bratku!
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Ponoszę porażki...
Dopadł mnie mega dół. Mam wrażenie, że wszystko co robię to spieprzę. Nie jestem ani dobra mamą, ani partnerką, o tzw. pani domu to nawet nie wspomnę.
Najbardziej mnie boli jednak fakt, że nie radzę sobie z synkiem. Z jego histeriami, agresją, złością...Dziś, krótko po przyjeździe ojca z trasy Mati wpadł w taką histerię, że nie mogłam go opanować. Trwało to jakieś 30-40 minut. Zaczęło się od kąpieli, bo młody kąpać się nie chciał...Chciał, nie chciał, potem to co wcześniej nie chciał, chciał...Najpierw cierpliwie go przekonywałam, potem głos miałam ostrzejszy, żeby się przez jego ryk przebić...Na siłę wyciągnęłam go, już umytego (również na siłę) z brodzika, bo stał, trząsł się z zimna, a wyjść nie chciał...Zaniosłam owiniętego ręcznikiem do jego pokoju, którego od jakiegoś czasu nie toleruje, a wieczorami wręcz się boi w nim przebywać, zwłaszcza po ciemku. Zostawiłam go tam przy zapalonym świetle i otwartych drzwiach aby się uspokoił...a gdzie tam, było coraz gorzej...W końcu zareagował M. przeniósł go do innego pokoju i zaczął ubierać (oczywiście Mati dalej ryczał, bo chciał, żeby mama go ubierała), ale wtedy już był ignorowany. Nie wiem co się stało, bo mnie z nimi nie było, ale podejrzewam, że przy ubieraniu spodni od piżamy, rozhisteryzowany Mati kopnął ojca...Dostał w tyłek.i...momentalnie się uspokoił. Za to ja, skoczyłam na M., że mu nie pozwalam na bicie dzieci itd. itp. od słowa do słowa padło trochę przykrych słów...Jest mi teraz źle. Bo nie umiem dotrzeć do synka, nie umiem nad nim zapanować i nie mam nawet na to pomysłu. Źle mi, bo mimo, że wiem, że M. nie powinien małego uderzyć, to jednak nie powinnam na niego wrzeszczeć przy dziecku, bo mały to obserwuje. Jestem niemalże pewna, że własnie fakt, że pokłóciliśmy się przy małym, i że podważyłam jego zachowanie przy dziecku, spowodowało takie, a nie inne zachowanie M.
Obiecaliśmy sobie, że będziemy tworzyć wspólny front, żeby nie ogłupiać dzieci, a nieporozumienia wyjaśniać między sobą później. I to była taka własnie sytuacja. Powinnam zapanować nad sobą i dopiero później wyjaśnić z M. to co się stało... Powinnam, ale postąpiłam inaczej i mi źle z tym. Jejciu, jak to wszystko ogarnąć i nie zwariować?
Najbardziej mnie boli jednak fakt, że nie radzę sobie z synkiem. Z jego histeriami, agresją, złością...Dziś, krótko po przyjeździe ojca z trasy Mati wpadł w taką histerię, że nie mogłam go opanować. Trwało to jakieś 30-40 minut. Zaczęło się od kąpieli, bo młody kąpać się nie chciał...Chciał, nie chciał, potem to co wcześniej nie chciał, chciał...Najpierw cierpliwie go przekonywałam, potem głos miałam ostrzejszy, żeby się przez jego ryk przebić...Na siłę wyciągnęłam go, już umytego (również na siłę) z brodzika, bo stał, trząsł się z zimna, a wyjść nie chciał...Zaniosłam owiniętego ręcznikiem do jego pokoju, którego od jakiegoś czasu nie toleruje, a wieczorami wręcz się boi w nim przebywać, zwłaszcza po ciemku. Zostawiłam go tam przy zapalonym świetle i otwartych drzwiach aby się uspokoił...a gdzie tam, było coraz gorzej...W końcu zareagował M. przeniósł go do innego pokoju i zaczął ubierać (oczywiście Mati dalej ryczał, bo chciał, żeby mama go ubierała), ale wtedy już był ignorowany. Nie wiem co się stało, bo mnie z nimi nie było, ale podejrzewam, że przy ubieraniu spodni od piżamy, rozhisteryzowany Mati kopnął ojca...Dostał w tyłek.i...momentalnie się uspokoił. Za to ja, skoczyłam na M., że mu nie pozwalam na bicie dzieci itd. itp. od słowa do słowa padło trochę przykrych słów...Jest mi teraz źle. Bo nie umiem dotrzeć do synka, nie umiem nad nim zapanować i nie mam nawet na to pomysłu. Źle mi, bo mimo, że wiem, że M. nie powinien małego uderzyć, to jednak nie powinnam na niego wrzeszczeć przy dziecku, bo mały to obserwuje. Jestem niemalże pewna, że własnie fakt, że pokłóciliśmy się przy małym, i że podważyłam jego zachowanie przy dziecku, spowodowało takie, a nie inne zachowanie M.
Obiecaliśmy sobie, że będziemy tworzyć wspólny front, żeby nie ogłupiać dzieci, a nieporozumienia wyjaśniać między sobą później. I to była taka własnie sytuacja. Powinnam zapanować nad sobą i dopiero później wyjaśnić z M. to co się stało... Powinnam, ale postąpiłam inaczej i mi źle z tym. Jejciu, jak to wszystko ogarnąć i nie zwariować?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


