czwartek, 1 września 2011

Wreszcie mam neta!

Dwa dni prawie postu, bo neta prawie nie było. Teoretycznie i owszem, ale w praktyce mulił na maksa. Chyba się uzależniłam czy cóś, bo strasznie mnie denerwowało, że strony otwierały się po kilka minut, albo wyskakiwał jakiś Error i po zawodach. Dziś już nie dam rady, bo mała zrobiła mi pobudkę o 4:30, więc padam na pyszczek, ale jutro mam nadzieję nadrobię to i owo z wpisem posta włącznie.Tym bardziej, że zostałam zaproszona do kosmetycznej zabawy przez MICę. Wszystko to jednak jutro, bo dziś i tak się nie mogę już skupić. Dla niektórych to młoda wieczorna godzina, a dla mnie to prawie środek nocy. Jutro znowu jestem mamą pełną gęba i bez pomocy, więc wyspać się należy.
Swoją drogą, jak ja kiedyś żyłam bez internetu?

niedziela, 28 sierpnia 2011

Naocznie się przekonałam, że nie tylko ja mam problem

Synek mnie nie słucha! Oczywiście fakt ten odnotowałam już niejednokrotnie, jednakże nadal jest to dla mnie niemiłą niespodzianką. No bo jakże to tak? Gdzie jest ten mój kochany i posłuszny bobas? Ano, jak to w życiu bywa bobas przestał być bobasem, a jest teraz "dojrzałym" prawie trzylatkiem i własne zdanie mieć chce. A właściwie to ma. Szkoda tylko, że owe zdanie jest nie po drodze z moim, a na dodatek jest odporne na jakiekolwiek argumenty, prośby, groźby sugestie, krzyki...Oczywiście po jakimś czasie wyjdzie na moje, w przypadkach rzadkich, bo wreszcie posłucha, albo mu się znudzi być przekornym, albo (i chyba, niestety najczęściej) ja odpuszczam, bo mnie się już nie chce gadać.
I tu wkracza M., jeśli jakimś cudem jest w domu. Krótko wymawia imię syna, tonem nie znoszącym sprzeciwu, ale głosu nie podnosząc i... dziecię polecenie ojca wykonuje. Byłabym podejrzliwa, gdybym jakiś strach w oczach psotnika zobaczyła, ale nie...mały robi co tata karze często nawet się uśmiechając. a na pytanie taty "Czemu nie słuchasz jak mama do ciebie mówi" odpowiada "Nie wiem" i mu tzw. banan na twarz wypływa. Sytuacje są dla mnie nad wyraz irytujące, bo nie rozumiem gdzie robię błąd...Może, cholibka, za dużo dziobem kłapię i dziecię się uodporniło?
Tylko jak tu przestać cały czas gadać skoro się jest od tego uzależnionym? Muszę temat przemyśleć i strategię opracować.
Często chcąc, nie chcąc, myślę o tym spacerując. I wczoraj natknęłam się na rodzinną scenkę.
Przez parking idzie mam dwóch dziewczynek. Starsza grzecznie maszeruje obok mamy, a młodsza, bardziej wyrywna widać, wyrwała do przodu. Mama na to:
- Maja poczekaj
- Maja stój
- Maja tam ulica, samochody
- Maja słyszysz, stój
- Maja mówię coś do ciebie
Oczywiście dziewczynka nie reaguje. Nagle słychać męski głos:
- Maja
I dziecko stanęło jak wmurowane i poczekało na rodziców grzecznie. I tu również ojciec głosu nie podniósł, ale ton był stanowczy. Rodzice podeszli i tato mówi do dziewczynki spokojnym tonem:
- Kochanie, czy bolą cię uszka?
- Nie
- A może nie dosłyszysz na któreś uszko?
- Nie
- To dlaczego nie stanęłaś jak mam wołała?
- Nie wiem -  brzmiała odpowiedź małej
No cóż, skąd ja to znam.


sobota, 27 sierpnia 2011

Jak ona to robi?

Jak kto brzydliwy to nie czytać. dzisiaj, po raz któryś z kolei, zastanawiam się jak moja córka to robi. A konkretnie intryguje mnie kierunek oddawania przez nią...kupy. Przód ok, a zafajdana po same pachy. Kto niewtajemniczony, to nawet powiedziałby, że przy puszczeniu bąka popuściła. Ale ja wiem, że to to nic, z tyłu kryje się coś więcej...I znowu wszystko do prania...Eh


piątek, 26 sierpnia 2011

Wyszła mama z dzieckiem na "spacer"

Żeby wątpliwości nie było, to chodzi o mnie. Wyszłyśmy z mamą z dwójką dzieci, a że mama po drodze załapała nerwa na mnie, to się dla spokojności dzieci rozdzieliłyśmy. Babcia z wnukiem poszła na plac zabaw, a mnie się do JYSK-a zachciało, bo uznałam, ze mi koszyki potrzebne. Autobus zwiał, więc skazana byłam na wędrówkę pieszą, bo musiałam dziś mieć te koszyki i koniec.
Doszłam do skrzyżowania, z którego do wyboru miałam dwie drogi, w prawo lub w lewo. Najczęściej chodzę tą w prawo, ale dziś dla odmiany poszłam w lewo. Obie są przy ruchliwych ulicach, więc tak naprawdę kierunek był bez znaczenia, bo odległość chyba tez podobna.
Po kilku dniach pobytu w domu, wyrwałam się wreszcie na świat zewnętrzny i dziarsko maszerowałam. A droga niekrótka. Zbliżałam się do skrzyżowania, gdzie powinnam skręcić w prawo i prościutko do sklepu. Nagle...ups...droga rozkopana, rozryta...jednym słowem nie ma szans by z wózkiem przejść. Trzeba mi iść kilkaset metrów dalej. No to poszłam...a tam całkiem podobnie, choć teoretycznie lepiej, bo ruch kołowy się odbywał. Miałam do wyboru, spróbować podejść bezpiecznie z wózkiem jak najbliżej i sprawdzić czy się da przejść, albo się cofnąć, ale wtedy z zakupów nici, bo okręgu robić mi się nie chciało, ponieważ odległość dla nóg znaczna. Zdecydowałam sprawdzić, a przy najmniejszym zagrożeniu cofnąć się.
Zatem ruszyłam w drogę, ba, nawet na kawałek chodnika trafiłam, po czym stanęłam, bo jawiły mnie się dwie drogi. Jedna, gdzie odbywał się żmudny i powolny ruch pojazdów i druga, gdzie w niedalekiej odległości roboty drogowe się odbywały. Niewiele myśląc poszłam tą nieuczęszczaną, gdzie dotarłam do robotników, wśród których był jeden z wyższej półki. nie wiem czy brygadzista czy jeszcze wyżej. Problem przedstawiłam i pomogli. Maszyny stanęły i przepuścili mnie. Bezpiecznie dotarłyśmy z Wikunią  tam gdzie dotrzeć mama zamierzała. Oczywiście komentarzy troszkę się nasłuchałam, że wybrałam się z wózkiem na tor przeszkód. Faktycznie, małą w wózku trochę wybujało, ale co ciekawe spała w najlepsze nieświadoma co się wokół niej dzieje. Gorzej, ze o świeżym powietrzu to nawet mowy nie było. Trzeba było mi w parku na następny autobus poczekać, ale ja niestety z tych niecierpliwych jestem. Inna rzecz, że naprawdę miałam ochotę przejść się. Trzeba było mi jednak wybrać tradycyjna drogę, w prawo.
Jak szłam przed ciążą na L-4 to roboty drogowe (budują u nas obwodnicę) były w tzw. lesie. Przez mózg mi nie przeszło, że oni już tam są, bo inaczej w życiu tamtędy bym się nie wybrała

środa, 24 sierpnia 2011

Goście

Niedomagania dzień kolejny. Niestety, w przeciwieństwie do dnia wczorajszego, M. nie mógł dziś zabrać ze sobą Matusia. Tym samym, znowu z bolącym czerepem, zostałam z dziećmi sama. I znowu było mi, prawie, wszystko jedno co się w domu dzieje, byle cicho.
O 11:00 dawka adrenaliny postawiła mnie jednak na nogi, bo zadzwonił tato, ze przyjdzie w odwiedziny do nas z ciocią. Wpadłam w popłoch. Rozejrzałam się krytycznym wzrokiem po domu i uznałam, że teraz, zaraz, natychmiast muszę coś zrobić z tym bałaganem co się w każdym kącie pałęta. Przydałby się jakiś przyspieszony kurs typu "Perfekcyjna pani domu", bo nie miałam pojęcia za co się wziąć, żeby sprawnie i w jak najkrótszym czasie sensownie mieszkanie ogarnąć. Mieli się pojawić za dwie godziny.
Z obłędem w oczach zaczęłam biegać po pomieszczeniach. Tu umyłam dwa kubki, tam wzięłam trzy zabawki, tu wytarłam stół, znowu ze trzy talerze umyłam...W przelocie, kątem oka spojrzałam w lustro i dokonałam odkrycia, że przydałby się fryzjer i jakiś manicure, bo moje pożal się Boże stopy to schowam w skarpetki, ale przecież na łapy rękawiczek w lecie nie nałożę. Zresztą ze skarpetkami w taki upał też średnio, ale założę cienkie...stopki tak zwane.
 Moje pielęgnacyjno - fryzjerskie rozważania przerwała myśl, że czas leci, a ja dalej w lesie. Stanęłam zatem pośrodku i doszłam do wniosku, ze co ja się wysilam, przecież i tak nie zdążę.
Pogłówkowałam i wpadłam na pomysł, że wszystkie klamoty zaniosę do Mateusza pokoju (później tam posprzątam) i go zamknę. Sypialnię też zamknę i mam nadzieję, że ciocia inspekcji domowej zwanej popularnie zwiedzaniem mieszkania, czynić nie zechce.
Kuchnię oraz pokój reprezentacyjny w miarę ogarnąć zdążyłam, poza odkurzaniem, ale przy tym bólu głowy to już na takie ekstremalne doznania się nie odważyłam.  Smętnie spojrzałam na siebie w lustro, no cóż, wyglądam jak własna ciotka, westchnęłam tylko.
Niedługo potem pojawili się: tato i taty siostra. Spojrzawszy na nią i przypomniawszy sobie moje odbicie w domowym zwierciadle, musiałam dokonać poprawki. Zdecydowanie wyglądam jak ciotka mojej ciotki!
Toż cholera jasna, ciocia powinna wyglądać na ciocię czyli kobietę 50+, a nawet bardziej na 60-, a ona wyglądała zdecydowanie lepiej niż kilka lat temu. A figurka...no marzenie! Zanim popadłam w depresję całkowitą, ciotka serdecznie się ze mną przywitała. Uściskała dzieciaki i ... zaczęła nawijać. Oj tak, gadane to ona ma, ale uśmiałam się przy tym za wszystkie czasy słuchając rodzinne anegdoty.
Mniej więcej po godzinie zaczęli się żegnać ja dostałam buziaka, Wiktoria dostała buziaka i koniecznie owego buziaka musiał też dostać Mati. Tyle, że Mati zdążył się zabunkrować już w swoim pokoju. Co zrobiła ciocia? Oczywiście otworzyła drzwi i zajrzała do pokoju, gdzie ja zrobiłam bałaganiarski spęd klamotów. Spłonęłam dziwiczym niemalże rumieńcem i zaczęłam nawet się tłumaczyć z takiego, a nie innego stanu rzeczy. Na co ciocia z wyrozumiałością poklepała mnie po ramieniu i stwierdziła, że też ma dwoje dzieci, które kiedyś również były małe i wcale tłumaczyć się nie muszę. Uff.. Poszli, a ja położyłam Wikunię spać. Adrenalina opadła i poczułam się jak dętka, albo jak flak...no w każdym razie powietrze ze mnie zeszło i klapłam na krzesło pławiąc się w błogiej ciszy.
Nagle się spięłam...Cholera, co tak cicho? Co robi Mati?
Zerknęłam, a moje dziecię, ścierką do naczyń, zresztą dopiero co wypraną, pucuje swoją śmieciarę. A niech sobie czyści pomyślałam i zanurzyłam się w lekturze zwanej internetem. Nagle usłyszałam jakby "plask, plask" Podniosłam głowę...cisza. Pewnie mi się przewidziało. Ale nie, za chwilę znowu "plask, plask" ruszyłam zatem swoje szanowne cztery litery i poszłam sprawdzić źródło dźwięku. Hmm...mój syn nadal pucował zawzięcie, tym razem swój rowerek, mydłem w żelu, którego smętne resztki spływały po ściankach  plastikowego pojemnika. Cała śmieciara, rowerek, trochę wykładziny i ściany wypaćkane było w owym żelu. Mój synek spojrzał na mnie z łobuzerskim uśmiechem i oświadczył "Myłem auto mamo, bo było bludne i jowej teź" Tak, tak synku, widzę...nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Dopadło mnie

Bezczelne choróbsko, czy też przeziębienie, w każdym bądź razie niemoc wielka do mnie dziś zawitała.. Niestety albo ja mam tak cholerne szczęście albo wręcz przeciwnie, pechowa jestem, bo jak na złość M. w trasę pojechał, a moja mama gości gości. Zmarła ciocia mojego taty, więc zjechało się towarzystwo z kraju i ze świata i lokują się po rodzinie. Generalnie odejście cioci rodzina z ulgą przyjęła, bo się nie męczy już kobiecina. Ale ja nie o tym...
Zostałam zatem z dwójką moich maluchów i kiepskim samopoczuciem sama. Rankiem powiedziałam sobie "Żeby tylko przetrwać do wieczora" Bo na nic innego nie miałam siły, tylko na to, żeby trwać na posterunku matczynym i nie paść na nos z osłabienia. Jak mantrę powtarzałam: Żeby tylko przestała boleć głowa. Żeby tylko przestała boleć głowa. Kiedy , do jasnej cholery przestanie mnie boleć ten łeb?!
Moje niedysponowanie doskonale wykorzystał Mateusz, bo nawet nie miałam siły, żeby mu zwracać uwagę, a nie mówiąc już o podnoszeniu głosu. Oj wykorzystał to mój synek, wykorzystał. Bawił się wyśmienicie, a sprzątania mam chyba przez to na dwa dni. Ale na dzień dzisiejszy, i jutrzejszy pewnie też, mam to w głębokim poważaniu.
Mały wieczorem jednak przegiął, wylewając pół kubka herbaty do talerza z kanapkami. Oczywiście herbata w tej ilości tam się nie zmieściła, więc stół i podłoga również herbatę zaliczyły. I tu klapsa ode mnie oberwał, bo z premedytacją to zrobił. Byłam tak wściekła, że szybko go umyłam i kazałam samemu iść spać. Mati przyzwyczajony, że ja albo M. kładziemy się koło niego i czytamy mu książeczki... A tu klops. Mama odmówiła wieczornego ceremoniału, bo dym mi szedł z uszu ze złości. Wpadł zatem w histerię, wymiotując przy okazji. Na szczęście znając jego histeryczne możliwości, zawczasu do toalety go zaprowadziłam...No co zrobiłam dalej? Oczywiście położyłam się koło dziecka licząc po cichu do stu, bo do dziecięciu nic nie dawało i oczekiwany spokój nie nadchodził. O dziwo Mati, który chyba czuł, że przeskrobał za dużo leżał cichutko koło mnie...I nagle usłyszałam jego dziecięcy głosik "Badzio tocham mamę" Wymiękłam  całkowicie. Momentalnie nerwy odeszły, a zalała mnie fala miłości i czułości do dziecka. Przyplątał się za to atak kaszlu. Mati spytał
- "Ciemu taśleś mamo?
- Bo jestem chora
- To choć, ja pitulę 
Objął mnie tymi swoim rączętami i po pięciu minutach zasnął.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Bo jesteś mamą...

Czy tylko u mnie tak jest, ze nie mam prawa się żalić?! Nie mam prawa być zła?! Nie mam prawa tracić cierpliwości?!
24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu jestem ze swoimi dziećmi. Chyba, że M. zabierze Mateuszka ze sobą, to wtedy jesteśmy z Wikusią same. Od jej urodzenia nie przespałam ani jednej nocy...Wszystkie mamy maluchów wiedza o co chodzi. Siedzę więc z moim bachorkami w domu, próbuję opanować starszaka organizując mu jakieś zabawy, ale czasami mi się po prostu nie chce!
Usłyszałam wczoraj od mamy, ze mam za mało cierpliwości, że powinnam z małym więcej rozmawiać, a przede wszystkim mam do niego przemawiać spokojnym i łagodnym tonem, a ja krzyczę. No cóż, może i się wydzieram, bo jak po raz enty przekonują go cichym, łagodnym i spokojnym głosem, a ta cholera mała dalej swoje, no to w końcu wrzasnę, bo inaczej nie reaguje, albo sobie odpuszczam...i niech sobie robi co chce, obserwuję jedynie, żeby sobie krzywdy nie zrobił.
Usłyszałam również, że jestem niekonsekwentna. Ba, nawet moja matula wyskoczyła z tekstem do mojego synka "Babcia jest konsekwentna, bo mama tylko grozi" No trafiło mnie i nawet powiedziałam jej parę słów na temat tego typu tekstów do dziecka.
Powinnaś to, powinnaś tamto...bo jesteś mamą.
Jestem mamą i będę nią do końca dni swoich. Czy wobec tego mam zrezygnować, ze swoich potrzeb??? Nie zamierzam! Burdel w domu, a ja mam ochotę posiedzieć w internecie czy książkę poczytać i to robię, a jak się komu nie podoba to niech nie patrzy albo sam posprząta.
Nie jestem i nie będę ideałem. Nie poświęcę się całkowicie, bo jeśli nie znajdę czasu dla siebie to będę jeszcze bardziej zmęczona, zgorzkniała, znerwicowana, a to dobrze na dzieci nie wpłynie...Kocham je nad życie, nieba bym im przychyliła, ale ja też istnieję, czuję, żyję, chcę...
Uff, musiałam się wygadać, bo jak się żalę mamie czy M. to słyszę "tak musi być, bo przecież jesteś mamą.." No szlag mnie trafia za każdym razem jak to słyszę...