piątek, 19 sierpnia 2011

Chwalę się:))

Wreszcie do mnie dotarła. Nagroda- wyróżnienie w konkursie. Mój blog został wyróżniony razem z dziewiecioma innymi blogami w konkursie organizowanym  przez Brioko.pl  Jako, że nie wiem jak długo jeszcze pomieszkamy tu, gdzie mieszkamy, dlatego też, dla bezpieczeństwa przesyłek wszelakich podaję zawsze adres do rodziców. Oczywiście tak było i tym razem. Mama jednak zapominała wziąć, a mnie cały czas jakoś nie po drodze było, więc nagroda nabierała przez kilka dni mocy urzędowej u rodziców w domu. W końcu jednak zmobilizowałam się, pogoda nie miała nic przeciwko i nawet słonecznie było, więc spokojnie od rodziców odebrałam co moje.
A warto było czekać:

Że tez ja o takich cudach nie wiedziałam  w czasie ciąży...Tyle chwil można było zapisać, a uciekły w niepamięć bezpowrotnie. Organizer Mamy kapitalna sprawa. Wreszcie w jednym miejscu informacje wszelakie, a nie na karteluszkach posiadających moc zapodziewania się, albo ja moc ich gubienia. Tak czy inaczej nie raz się głowiłam gdzie i na którą być trzeba, a nie rzadko również dzwoniłam żeby się upewnić i na kolejnej karteczce datę i godzinę zapisać. Do tego kubek, niby zwykły, ale niezwykłe ma przesłanie "Blogująca mama" brzmi dumnie i kawa w nim jakoś tak lepiej smakuje...

Dziś również dotarła Żyrafka Sophie
Jakoś tak przy wszystkich książeczkach czy zabawkach jakie dostaje Mateusz, zrobiło mi się żal Wiktorii, bo ona tak mało dostaje, bo "jeszcze malutka". Moja córcia ma zaledwie kilka grzechotek, jedna przytulankę i dwie pozytywki (w tym jedna spełnia również rolę przytulanki). Zamówiłam zatem, oczywiście na allegro, Żyrafkę Sophie, podobno hit we Francji. Na aukcji wyczytałam, że:

Żyrafa Sophie firmy Vulli może być pierwsza zabawką Twojego dziecka, rozwija i działa na wszystkie zmysły dziecka już od urodzenia.
WZROK - kolorystyka jest tak dobrana i rozmieszczona by przyciągnąć wzrok dziecka
SŁUCH - w Sophie jest piszczałka, która koncentruje uwagę
SMAK -  Sophie zrobiona jest z gumy oraz farby spożywczej, gwarantuje zatem bezpieczeństwo przy wkładaniu do buzi i przynosi ulgę przy ząbkowaniu,
WĘCH - guma z drzewa Hevea ma jedyny w swoim rodzaju zapach,
DOTYK - lekka i gładka w dotyku zabawka, sprawia, że dziecko otrzymuje pozytywne impulsy, Sophie dopasowuje się do rączki dziecka.

Opinie o Żyrafce mi się spodobały, zatem niewiele już myśląc ją zakupiłam, a dziś ona do nas dotarła.Po  zabiegach higienicznych francuska przyjaciółka wylądowała w objęciach Ity, a raczej w jej buzi, bo pyszczek i uszka zwierzątka znakomicie nadają się do ssania, cmokania i obślinienia. A nie daj Boże miała czelność wypaść jej z rączek to zaraz głośny protest Wika uskuteczniała. Myślę, że między Wiktorią a Sophie przyjaźń zakwitnie na dłużej.





wtorek, 16 sierpnia 2011

Szczepienie

Świadomość, że dziś moje maleństwo będzie kłute, od rana doprowadzała mnie do nerwicy żołądka. Musiałam sobie te moje skołatane nerwy uciszyć, więc zaaplikowałam sobie szklankę melisy. Trochę pomogło. Wyszłam z małą już po 8:00,  bo chciałam żeby jak najszybciej było po wszystkim. Oczywiście chcieć to ja sobie mogłam. Na miejscu dowiedziałam się, że akurat w dniu dzisiejszym lekarz przyjmuje dopiero od 11:00. Zrobiłam zatem z Wikunią tył zwrot i do domu. Po drodze zmieniłam zamiar i udałam się na targ, gdzie zakupiłam dla niej fajne dżinsy i ...kalafior.
Po 11:00 znowu poszłyśmy, ale melisa chyba przestała działać, bo nerwowo się ze mną zrobiło. I za nic mój organizm nie przyjmował tłumaczenia, że dziecko wyczuwa, jak mama się denerwuje. denerwował się i już.
Lekarz zbadał i wyraził zgodę na szczepienie. O rajuśku! Jak ta moja dziewczynka strasznie płakała. 10 minut ją uspokajałam po dwóch ukłuciach. Na szczęścia szczepionka przeciw rotawirusom była do picia i tą mała dzielnie zniosła.
Dobrze jeszcze nie wyszłyśmy z przychodni kiedy Wikunia zasnęła wymęczona płaczem, a ze mnie zrobił się flak...Nerwy odeszły i energia również.
Zaobserwowałam, że Wiki nie jest tak odporna na ból jak Mati. Ten zanim podjął decyzję, że ma płakać, to już było po trzech kłuciach.  Chyba, że szczepionki, skojarzona i przeciw pneumokokom są bardziej bolesne. Za 6 tygodni kolejna dawka. Na szczęście ostatnia i kilka miesięcy przerwy.





sobota, 13 sierpnia 2011

Oszczędzanie

Pomna swoich błędów młodości, kiedy to żyło się na kredyt i kiedy fajnie było jak się miało pracę i dochody...Do czasu. niestety przyszedł czas kiedy na długo, długo straciłam pracę, a kredyty trzeba przecież spłacać...Wnikać w szczegóły nie będę, teraz po latach wyszłam na prostą, ale naprawdę dużym kosztem, o którym nie chcę wspominać.
Postanowiłam zatem oszczędzać. Mam ciocię, która tak robi od lat wielu i to rozmowa z nią bardzo dużo mi pomogła i nauczyła. I tak, mniej więcej od lat 6 odkładam...co miesiąc, mozolnie, systematycznie odkładam. Raz jest to 100,00 zł, raz więcej, ile mogę. Jeśli pod koniec miesiąca jakiś grosz zostaje, odkładam...nawet niech to będzie "głupie" 20,00 czy 30,00 złotych, ale do kwoty odłożonej na początku miesiąca się dołoży i stosik rośnie.
Dzięki temu oszczędzaniu nie zapożyczyliśmy sie na wyprawkę dla dziecka, bo mieliśmy z czego wyciągnąć. Traktuję tą co miesięczną kwotę jak ratę. Muszę odłożyć i już. Teraz, jak nie przeleję zaraz po wypłacie założonej kwoty, to jakbym raty nie zapłaciła.
Uznałam zatem, ze jest to bardzo dobry nawyk, który zamierzam przekazać moim dzieciom. Kupiłam zatem Matusiowi skarbonkę, która przypomina misia Puchatka i Mati wrzuca tam sobie pieniążki, które dostaje od nas, od dziadków czy ciotek. Ba, mały tak się wycwanił, ze ostatnio przyłapałam go na wyciąganiu mi drobnych z portfela. Oczywiście gadkę umoralniającą palnęłam, bo przecież nie byłabym sobą. Zasadniczo wystarczyło by zapewne jedno zdanie w stylu "Nie bierz sam, bo to nie twoje", ale ja się trochę bardziej zagalopowałam i tych zdań było zdecydowanie więcej.
wracając do oszczędzania. Przedwczoraj właśnie miś-skarbonka się zapełnił  i został komisyjnie rozbity. Maluchowi udało się uzbierać dokładnie 112,63 PLN i z tatą poszedł do sklepu, gdzie poczynił pierwszy zakup za uzbierane przez siebie pieniążki (dodaliśmy mu 5,00 zł )

A poniżej Mati ze swoją zabawką:




Następnego dnia rano, ledwo oczy otworzył już pobiegł do swojej śmieciary. Spytałam go, na co teraz będzie zbierał to oświadczył: Biejał będem na stjaź, czyli szykuje nam się straż pożarna do kompletu:)
A niech smyk zbiera i poznaje powolutku wartość pieniędzy.

piątek, 12 sierpnia 2011

Wiktoria ćwiczy

Przez te deszczowe, pochmurne i ogólnie paskudne pogodowo dni, większość energii zużywam na to, żeby w ogóle funkcjonować. Toteż funkcjonowałam na poziomie niezbędnego minimum, ale żeby siąść do komputera i jakąś sensowną notkę na blogu sklecić, sił już nie miałam. Zresztą weny żadnej także.
10 sierpnia byłam z Wikunią na ćwiczeniach. Godzina stawienia się w Centrum Wczesnej Interwencji była wyznaczona na godzinę 8:00. W momencie kiedy miałyśmy wyjść lunęło porządnie, więc stałam jak zahipnotyzowana i z niepokojem patrzyłam w niebo. Spokojnym krokiem do CWI to idzie się od nas 40 minut i tyle czasu nam do 8:00 zostało jak lać zaczęło. M. się wyrwał i zaproponował, że skoczy po służbowy samochód. Spojrzałam jednak na niego wilkiem, bo mógł po niego skoczyć o 6:30 na przykład, a nie prawie w pół do ósmej, kiedy parking znajduje się jakieś 150 m od owego Centrum.
Na szczęście padać przestało, więc wyszłyśmy punkt 7:30. Mądra mamusia, która wypacykowała się na wyjście strzelając sobie mejkap, zakładając spódnicę, będąc posiadaczką takich a nie innych nóg, założyła sobie szpilki, łudząc się, że choć trochę one nogę wyciągnęły i łydkę wyszczupliły. Oczywiście lustro wyszczuplające również mamusię z błędu nie wyprowadziło.I tak w tych szpileczkach, jak kretynka, zasuwałam, ba, prawie biegłam cała drogę by zdążyć. Miałyśmy prawie 3 minuty do wyznaczonej godziny, kiedy zjawiłyśmy sie przed budynkiem, w którym się mieszczą liczne kluby, stowarzyszenia i właśnie to CWI. Weszłam do środka i z wrażenia spódnicę obciągnęłam, bo krótka mi się wydała, ponieważ po remoncie budynku żem prawie Luwr zobaczyła. Pobłądziłyśmy troszkę, więc na miejscu stawiłam się z dzieckiem swym prawie 10 minut spóźniona. Z sympatycznym uśmiechem przeprosiłam za spóźnienie, co spotkało się z zaskoczonymi minami pań za biurkiem. Hmm, nie wiedziałam czy zaskoczone są moją kulturą czy widokiem. Okazało się, ze to drugie, bo nikt małej na owe ćwiczenia nie zapisał!!!!! Dzwoniłam dwa miesiące wcześniej, a jakiś babsztyl nas nie zapisał!!!! No w momencie szlag mnie trafił!!!! Na szczęście zanim wybuchłam kierowniczka, widząc moją minę, zareagowała odpowiednio i osobiście poćwiczyła z małą. Tyle, że trwało to jakieś 10 minut, bo stwierdziła, że ona nie wie co ma z Wiktorią ćwiczyć, bo według niej rozwija się prawidłowo i potrzeby ćwiczeń nie widzi. No cóż, lekarz małą skierował na ćwiczenia dwa miesiące wcześniej, przez ten czas dzień w dzień ja z nią ćwiczę, więc....Zresztą narzekać nie zamierzam, ważne, że się prawidłowo rozwija. Pani powiedziała, żebyśmy jeszcze ze dwa razy przyszły, ale to raczej tak pro forma.
Żałowałam, że przez ten pośpiech, deszcz i nerwy nie wzięłam aparatu, bo Wika na piłce wyglądała świetnie.
Następnym razem nie zapomnę i może mi się nawet uda pstryknąć parę fotek wnętrza budynku, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie.


wtorek, 9 sierpnia 2011

Zielone oko zazdrości

Wczoraj, jak pomiędzy napadami deszczu spacerowałam z synkiem spotkałam dwie znajome. Z każdą z nich kiedyś nawet się przyjaźniłam. I tak z jedną stosunki pozostały poprawne, zaś z drugą...no cóż traktujemy się jak powietrze. Przyczyn tego zjawiska, które od lat kilku występuje, pojąć nie potrafię, ale fakt jest faktem. Przykrym, ale jest. Ale ja nie o tym...
Tak jak wspomniałam spotkałam je obie i na ich widok szczęki mnie z hukiem o chodnik wyrżnęły.
Zwłaszcza ta, z którą nie rozmawiam, widok zjawiskowy stanowiła. Wyglądała pięknie, figurka bajeczna, strój obłędny, manikjur i pedikjur idealny...no miałam ochotę obie moje stopy za siebie schować na ten widok.
Druga koleżanka, z którą na szczęście stanęłam i poplotkowałam, również wielkie wrażenie wywarła figurą i dopieszczonym dłońmi i stópiczkami.
Poczułam się jak zaniedbany babsztyl! Zazdrość zakradła się do mego serducha, jak pomyślałam jak ja przy nich wyglądam. Nie dość, ze figura po dwóch ciążach wymaga ode mnie wykonania ogromu pracy, którego to wykonać mi się nie chce, to jeszcze stan moich dłoni i stóp o pomstę do nieba woła.
Także kosmetyczka, a jeszcze lepiej manicurzystka i pedicurzystka to aż proszą się o odwiedziny.
Jeśli chodzi o moje paznokcie u rąk to najczęściej sudocrem spod nich wydłubuję, a także obcinam na krótko aby Wikuni nie zadrapać. Nie bawię się nawet pilnikiem, żeby kształt nadać, bo są tak krótkie, ze nie ma to znaczenia. Bynajmniej dla mnie.
Jednakże ze stopami to mogłabym porządek zrobić, bo wyglądają koszmarnie, a przecież cały czas w odkrytym obuwiu chodzę. Ba, nawet wyszukałam gdzie można zrobić niejaki pedicure hybrydowy w cenie promocyjnej "jedyne" 99 zł. Już bym się i nawet na te 99 zł szarpnęła, ale...no właśnie, brak chętnych do zaopiekowania się dwójką moich dzieci. a ja bym z rozkoszą na taki fotel się uwaliła i pozwoliła zrobić sobie stopy na bóstwo, z jakąś gazetką w łapce i nie słysząc pisków moich maluchów, a jakąś leniwie sączącą się muzyczkę z głośników...Póki co doopa, ten relaks odwleczony na czas nieokreślony.
Ciekawe, że jak muszę jutro iść do dentysty, to nie ma M. problemu z dziećmi zostać, bo wie, że usadowienie się na fotelu stomatologicznym nijak się ma do relaksu na fotelu kosmetycznym...Niestety

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Niezdecydowana

Mam na myśli dzisiejszą pogodę u nas. Przez cały dzień nie mogła się zdecydować czy ma być deszczowa, burzowa czy słoneczna. Fundowała nam zatem wszystkie atrakcje po kolei. Jak ktoś miał czuja, to nawet i na plaży parę promyków słońca mógł złapać.
My jakoś nie trafialiśmy na podatny, pogodowy grunt.
Razem z mamą, po11:00 wybrałyśmy się dziećmi na spacer. Zanim zaczęłyśmy spacerować każda z nas chciała dokonać jakiś małych zakupów. Mama w aptece, a ja w Biedronce. Po wyjściu z Biedronki zaczęło nam na łepetynki najpierw kropić, a potem coraz mocniej padać. Puściliśmy się biegiem pod dach najbliższego warzywniaka. I tak sobie staliśmy jakieś 50 m od domu, bo lało fest. Kiedy nasilenie deszczu zaczęło opadać w szybkim tempie ruszyłyśmy w stronę domu. Pod klatka już tylko kropiło, więc mama zaproponowała, że jednak pospacerujemy. Już robiłyśmy tył zwrot kiedy zagrzmiało...Odechciało nam się spaceru.
Dowlokłyśmy sie na IV piętro, porozbierałyśmy siebie i dzieci, Wiktoria była już na lekkim odlocie, więc babcia położyła ją spać. W tym samym momencie wyjrzało słonko...A to ci cholera jedna.
Wzięłam zatem  małego, a mama została z Wiką w domu. Postanowiłyśmy pójść na spacer po obiedzie.  Słoneczko cały czas pięknie grzało, więc z Matim troszkę pospacerowałam i dokupiłam co mi brakło a w Biedronce nie było.
Po obiedzie ubrałyśmy dzieci i już miałyśmy wychodzić kiedy znowu chmura horyzont zasłoniła i z której znowu lunął deszcz. Spojrzałyśmy na siebie z przygłupimi uśmiechami i siadłyśmy z chęcią przeczekania. Tyle, że deszcz jakoś tak się uwziął i padał i padał. Dałyśmy sobie spokój i porozbierałyśmy siebie i dzieci...10 minut później wyszło słońce, ale nam już się nie chciało nigdzie wychodzić. Piękna pogoda utrzymywała się do 20:00 kiedy to zaczęło ostro grzmieć, 5 minut przed burzą mama wyszła do domu, a pół godziny później było już po wszystkim...

piątek, 5 sierpnia 2011

Pomysły Mateusza i moja nadwrażliwość

Korzystając z bajecznej pogody, która nas nawiedziła włączyliśmy rodzinnego szwendacza po okolicach. Czasem nam towarzyszył M., a czasem moja mama. Spędzaliśmy na powietrzu po kilka godzin, a efektem tego było gigantyczne zmęczenie i senność z mojej strony oraz malutkiej, bo Mateusz dokazywał ile wlezie. Podczas jednego ze spacerów przeżyliśmy przez niego chwile grozy. Młody postanowił dołączyć do tatusia, który po drugiej stronie ulicy wyrzucał plastiki. Kątem oka widziałam, że M. jest przy pojemnikach sam. Rozejrzałam się za synkiem. Stał jakieś dwa metry ode mnie. Niestety w tym samym czasie mały dojrzał tatę i...wyprysnął zanim zdążyłam zareagować. Przeżyłam szok...Na szczęście nie jechał żaden samochód, ale pretensje, my dorośli, mieliśmy do siebie nawzajem. Każde z nas myślało, że to drugie zwraca uwagę na Mateusza. Strach mi ścisnął żołądek do tego stopnia, ze wieczorem ruszyłam w tango z muszlą klozetową, a ulgę poczułam dopiero po południu dnia następnego. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach i wyobrażałam sobie co by było gdyby... Postanowiłam, że nie będę liczyła na nikogo innego w opiece nad małym, dla swojego spokoju a jego bezpieczeństwa.
Zresztą i tak z M. mamy inne poglądy co do poruszana się małego po chodnikach. On go puszcza wolno, a ja wolę jak idzie ze mną za rękę. Uważam, że w jego wieku może mu się w każdej chwili coś "odbić" i znowu wybiegnie na ulicę. W parkach jak najbardziej maszeruje sam, ale na chodnikach ze mną.
Kolejny wybryk, oczywiście jak zwykle przez nieuwagę dorosłych, to wtargniecie do siostry do łóżeczka. M. okupował komputer, a ja w kuchni zajmowałam się żarłem dla rodzimki. w pewnej chwili nastała cisza...Zaintrygowało mnie tona tyle, że rzuciłam okiem z kuchni w celach zwiadowczych.. Mateuszka nie było w zasięgu wzroku. M. oczywiście nie wiedział gdzie mały "No był tu przed chwilą" stwierdził. No był, ale się zmył...Niewiele myśląc zajrzałam do sypialni gdzie mała bawiła się maskotkami na pałąku w swoim łóżeczku...no i oczywiście braciszek, zadowolony z siebie, koczował obok niej. Skubaniec mały...Zbeształam M., że bardziej powinien się skupić na synku. W odpowiedzi usłyszałam:"No przecież nic się nie stało. Nie przesadzaj." Hmm...Może rzeczywiście przesadzam? Moja wyobraźnia znowu mi podsunęła różne dziwne obrazy co mogło się stać.
Cholibka, może faktycznie powinnam dać małemu więcej swobody, a nie się trząść nad nim? Jestem widać przewrażliwioną i nadopiekuńczą mamą...