niedziela, 9 grudnia 2012

Z cyklu: wybryki Wiki

Moja córcia postanowiła dziś być przekorna.
Chłopaki nasze wybrali się na basen, a ja, żeby nie siedzieć w domu zaplanowałam zimowy spacer, szaleństwo na śniegu i w ogóle aktywne przedpołudnie.
Młoda jednak miała inne plany i zanim dotarłyśmy na miejsce młoda pochrapywała w najlepsze.


A to mnie dziecię w balona zrobiło. Pozycję miała niestety niewygodną, bo wyrodna matka poduszki nie wzięła.Ale i tak pospała całkiem długo. Obudziła się w drodze powrotnej.

Wieczorowa porą zawołała "fufu", które nie wiedzieć czemu oznacza  zarówno potrzebę fizjologiczną, jak i puszczenie delikatnie mówiąc "bąka".
Posadziłam ją na nocnik. Było włączone radio. W pewnej chwili muzyka poderwała ją do tańca. Nie zdążyła usiąść na nocnik z powrotem. No nic. Zdarza się.
Parę minut później M. przyszedł i zakomunikował "Ona znowu się zesikała!"
Poleciałam do kuchni i co zobaczyłam?
Moje dziecię rączkami złożonymi w łódkę próbowała zebrać swoje siki z podłogi do nocnika stojącego w drugim końcu kuchni. A na mój widok jeszcze przyspieszyła. Wyglądało na to, że świetnie się przy tym bawiła.Nie wnikam czemu miała przy tym mokre włosy (chwilę wcześniej ściągnęłam jej gumkę), bo i tak był już czas na kąpiel.


sobota, 8 grudnia 2012

Z cyklu: dialogi z synkiem cz. 4

Rozścieliłam łóżko dla młodej i zaczęłam przygotowywać mleko.
Szarańcza długo nie myśląc łózko dopadła i zaczęła szaleć.
Kołdra wylądowała wreszcie częściowo na podłodze.
Podeszłam, kołdrę na łóżko rzuciłam i wróciłam do kuchni.
- Mamo!!! - słyszę krzyk Młodego
- Co się stało?
- Popsułaś mi domek, który zbudowałem!
- Przepraszam, myślałam, że kołdra z łóżka spadła.
- Nie myślałaś! - odburknął.



piątek, 7 grudnia 2012

Mam firanki!

W wielu domach to normalka. W naszym zasadniczo też, ale po przeprowadzce firanek na oknach brakowało.
Denerwowało mnie to strasznie, ale stan finansów nie pozwalał na zakup tego co bym chciała, a wydawać na byle co nie miałam ochoty.
I tu, z odsieczą przybyła rodzina. Ciocia firanki sobie zmieniła, siostrze odpaliła, siostra o córce pomyślała, telefon wykonała.
Córka czyli ja we własnej osobie ciekawością gnana w domu rodzicielskim się zjawiłam, pooglądałam i zdecydowałam.
Dwa okna, wiec i firanki dwie potrzebne, a że ta długaśna to mama zaproponowała, że z tej jednej zrobi dwie, żeby pasowało.
I zrobiła, a nawet mi do domu przyniosła.
Następnego dnia M. się o te firanki zapytał.
Trzeba wyprasować!
Hasło rzuciłam i wyszłam, bo trzeba było wyjść.
Po powrocie co zastałam?
Okna pomyte, firanki wyprasowane i wiszą!
Mam firanki i jestem w niebie.
I wszystko "samo" się zrobiło :)




czwartek, 6 grudnia 2012

Mikołajki

Na dzisiejsze święto dla dziatwy prezenty zakupione były już ze dwa tygodnie temu. Wczoraj M. przyjechał z trasy,  i dopiero on włożył je dzieciom pod poduszki. Mnie się nadal wydawało, że ja mam czas.
W nocy Mati spał niczego nie świadom, za to Wiktoria spała niekoniecznie. No, bo kto wiaderko z klockami o gabarytach dosyć fest wkłada pod poduszkę?
Dzieć zatem w nocy zamiast spać nerwa miał, a ja razem z nią. W końcu tradycje zaczęłam mieć w nosie i pudełko z klockami postawiłam obok łóżka.
Córcia w końcu spokojnie zasnęła, a ja razem z nią zamiast przeleźć z powrotem do swojego łóżka.
Rano obudziło mnie "Co to?"
Mateusz w ciemnościach wpatrywał się w pudło.
- A - mruknęłam nie do końca rozbudzona - Mikołaj był.
-A dla mnie?
- Sprawdź pod poduszką
Śmignął, w tempie błyskawicy bajzel na łóżku zrobił pozbawiając wyrko poduszek. Znalazł!
- Jeep!!! - wykrzyknął radośnie, po czym dodał - A czemu taki mały?
No i masz.
Ale po kilku sekundach problem zniknął, bo był tak podekscytowany, że wielkość przestała mieć znaczenie.
Z dumą taszczył swój skarb do przedszkola i dopiero przed samymi drzwiami dał się przekonać, żeby w domu auto przechować.
A to jeszcze nie był koniec.
Żłobek i przedszkole tez hojnie obdarzyły dzieci prezentami. Zwłaszcza słodkimi prezentami.
Musiałam z Pierworodnym stoczyć wojnę i na wyżyny słodycze wynieść, bo marny byłby ich los, a i kolacja marnie by wyglądała w zderzeniu ze słodyczami.
Mati z dżipem się nie rozstaje, a Wiki z lubością dokopuje klockom.
Wszystko wskazuje, że prezenty były trafione, a przed nami kolejne wyzwanie. Gwiazdkowe.







poniedziałek, 3 grudnia 2012

Niewychowane?

Dzisiaj trafiłam na blog Limonki.I się zbulwersowałam. Nie, nie blogiem, ale komentarzami pod jednym z postów.
Autorka była świadkiem sceny w tramwaju, kiedy to mała dziewczynka kopniakami chce wymusić na matce skasowanie przez nią samą biletu. Szczegóły tutaj.
Przeczytałam wpis, a potem komentarze i szlag mnie trafił. Większość, na podstawie jednej sceny stwierdziła, że dziecko jest niewychowane i, że to tylko i wyłącznie wina rodziców.
Ja się pytam skąd taki wniosek? Po jednej opisanej scenie już wszyscy oskarżyli i wydali wyrok na matkę jaka to ona w przyszłości biedna będzie, bo córka teraz ją kopie.
Przecież wychowanie dziecka to długotrwały proces!
Czy jaśnie państwo krytykujące byłoby bardziej usatysfakcjonowane gdyby mama dziecku wpierdzieliła? Albo się na nie wydarła? Albo sama kopnęła?
Oczywiście wtedy podniosłyby się głosy oburzenia, ze biedne dziecko bite i maltretowane...
Jak widać jakkolwiek matka by zareagowała czy nie to zawsze w takiej sytuacji byłaby złą matką, bo albo sobie nie radzi więc jej dzieć w przyszłości na łeb wejdzie, albo je bije i występuje z pozycji siły i najlepiej może byłoby odebrać jej prawa rodzicielskie.

U nas w sobotę rozegrała się taka scena w sklepie:
Mateusz wziął ze sobą auto, którym to jeździł po ladzie klęcząc na ubłoconej, sklepowej podłodze. Na zwróconą mu kilkukrotnie uwagę, żeby wstał to i owszem wstawał po czym po chwili ponownie zajmował z góry upatrzoną, ubłocona pozycję.
Akurat byłam w trakcie robienia zakupów (sklep z obsługą), kiedy to zareagował M. i bez słowa małemu samochód zabrał.
Mati, myśląc, że to ja, zezłościł się i zaczął mnie okładać. NIGDY wcześniej się to nie zdarzyło. Byłam tak zaskoczona, ze udało mi się tylko wydukać: No co ty robisz?
W tym przypadku zareagował M. i dziecko ze sklepu wyprowadził.
Jak myślicie, co pomyśleli ludzie w kolejce?
A co było potem?
Za karę nie poszedł na plac zabaw na kulki, a poza tym odbyła się rozmowa na temat jego zachowania. Tyle, że świadków tej rozmowy nie było.
Tak samo nikt z obserwujących scenę w tramwaju nie widział co potem zrobiła ta mama.

Trochę analogicznie do sceny w tramwaju inna scena w wydaniu Mateusza.
Rodzice przedszkolaków doskonale wiedzą, że wchodząc czy wychodząc z przedszkola trzeba elektronicznie "zalogować" lub "wylogować" dziecko w przedszkolu. Mati mówi, że zrobi on "pik".
Czasami wpadam do przedszkola tuż przed 14:30 lub 15:30 i wtedy sama "pikam" kartą.
Są dni kiedy Mateusz uderza w histerię, bo to on chciał. I wtedy robi się agresywny. Takie sceny wydarzyły się już kilkukrotnie, więc ja wiem jak zareagować. Przeważnie mówię dziecku, że " Oj, mama się zapomniała. Zrobisz to następnym razem. Mam nadzieję, że się gniewasz" albo coś w tym stylu i problem zażegnany. Dziecko mi "przebacza" i czuje się dzięki temu ważne.

Nie zawsze wiemy jak zareagować, czasem jesteśmy zmęczeni, a czasem nam się nie chce wysilać nawet.
Nikomu jednak nie daję prawa do oceniania mnie i mojego zachowania wobec dziecka.
Oczywiście na przemoc trzeba reagować, ale nie piszę tu o przypadkach ekstremalnych, ale o takich co się zdarzają bądź zdarzać będą każdemu z rodziców

Przyznaję, że jak czytam komentarze rodziców, którzy mają kilkumiesięczne dziecko co oni by i jak oni by, to chce mi się śmiać, bo jak ich dziecię dojdzie do lat trzech czy czterech to dopiero wtedy pokazuje charakterek i na co go stać. I czasem, a nawet bardzo często taka mama czy tata robi wielkie oczy, bo swego dziecka nie poznaje. Przecież było takie spokojne, ułożone  a tu nagle różki wyrastają i dziecię małpiego rozumu dostaje. I trzeba sobie z tym poradzić, a nie zawsze wiemy jak. Bo przecież  w szkole nas tego nie uczą.








niedziela, 2 grudnia 2012

Chodząca niewinność

Moje starsze dziecię od jakiegoś czasu daje mi solidnie popalić.
Wystawia moją cierpliwość na ciężką próbę.
Swoim zachowaniem doprowadza mnie do białej gorączki.

1.
- Mati, połóż guzik obok skarbonki Wiktorii - mówię do małego ubierając córcię.
- Dobrze mamusiu - odpowiada
Brzdęk!
Podnoszę gwałtownie głowę.
- Ja nic tam nie wrzuciłem - informuje mnie, zanim zdążyłam zapytać.
- Wrzuciłeś guzik do skarbonki??? Przecież prosiłam, żebyś położył obok.
- Ale to nie ja! - zapiera się w żywe oczy.
Zafundował mi tym samym niezły skok adrenaliny.

2.
- Mati, nie potrzebuję szelek Wikusi. Odniesiesz do szuflady?
- Tak
Nagle słyszę łoskot i w kątem oka wyłapuję spadające za fotel szelki.
- Mateusz!!!
- Ja nic nie zrobiłem! - odpowiada szelma

3.
- Mamusiu, zrobisz mi sok z wodą?
- Tak
- A przyniesiesz?...Proszę.
Przynoszę i proszę, żeby odstawił kubek do zlewu jak wypije.
Pora na mleko dla Wiki.
Biorę butelkę z przegotowaną, wystudzoną wodą i co widzę. Różowa.
- Mateusz, gdzie wylałeś resztę wody z sokiem?
- Do zlewu.
- Mateusz?
- Yyy, nie wiem
- To czemu woda na mleko różowa jest?
- To nie ja!
Jasne, że nie on. Wrr...

4.
- Mamusiu, daj rowerek, bo Wikusia chce.
Dałam, a młody od razu na niego wsiadł.
- Miał być dla Wiktorii - mówię
- Ale najpierw ja się pobawię - krzyknął i popędził w stronę dużego pokoju.
Ja za nim. Zdążyłam zobaczyć jak najeżdża na siostrę.
- Mateusz!!!
- Ja nic nie zrobiłem! - odkrzykuje, ale na wszelki wypadek zwiewa z pokoju.

5.
- Mamo, ja chcę kaszę!
- Za chwilę, teraz robię śniadanie Wikusi.
- Ale ja chcę teraz.
- Nie! Widzisz, że jestem zajęta.
- Ale mamo, nie może tak być.
- Ale jest. Poczekaj.
Stawiam kaszę dla małej na stole i robię Mateuszowi.
Nagle słyszę pisk!
Noż, cholera jedna, zabrał siostrze.
- Mateusz!!!
- To nie ja zabrałem - oczywiście idzie w zaparte

 A to tylko jeden dzień. Dzisiejszy. Ratunku!!!

Szelma we własnej osobie z w/w rowerkiem

sobota, 1 grudnia 2012

Z serii: dialogi z synem cz. 3

Wiki miała popołudniową drzemkę.
Poprosiłam Mateusza, żeby był w miarę cicho, żeby siostra pospała.
- Dobrze mamusiu
Wytrzymał 45 minut i poszedł ją obudzić.
Ja nieświadoma sytuacji zagapiona byłam w komputer.
Po chwili słyszę tuptanie.
Odwracam, a przy fotelu stoją moje dwa uśmiechnięte pyszczki.
- Mati, dlaczego obudziłeś siostrę? - spytałam surowo
- Bo jej brzuszek powiedział mi, że ona już nie chce spać.
- ???