Cóż, piątek zdecydowanie zaczął się nerwowo.
Dziatwa nie chciała się zwlec z łóżka. Negocjacje trwały dość długo, za długo, w końcu przestałam być miła.
Ruszać się! Spóźnimy się do przedszkola! - wrzasnęłam.
Mamo, ale Wikusia nie chodzi do przedszkola tylko do żłobka! - Mati postanowił mnie uświadomić. Drobiazgowy się znalazł, kurna Felek.
Ale ruszyli się.
Za chwilę Mati chciał kupę, Wiki pić, potem Mati pić.
Po chwili mdlał niemalże z głodu.
Wiki nie chciała się ubierać, Mateuszowi nie pasowała koszulka do przedszkola, chciał inną.
Wytłumaczyłam, że nie ma czasu na prasowanie innej. Jakoś dał się przekonać, ale cenne minuty uciekły.
W końcu ogarnęłam siebie i towarzystwo.
Zwarci i gotowi stanęliśmy do wyjścia. Sięgnęłam do kieszeni po klucze...Pusto.
Zerknęłam na wieszak na klucze. Nie ma!
W pełnym odzieniu wpadłam do kuchni.
Błyskawiczny przegląd półek, szafek, torebki jednej, drugiej. Nie ma!
Cholera jasna, to gdzie są?
Zadzwoniłam do M.. Nic nie wiedział.
Już byłam mokra ze zdenerwowania, więc się rozebrałam.
Biegałam z rozwianym włosem i szaleństwem w oczach zaglądając w najdziwniejsze miejsca, ale kluczy nie znalazłam.
Dzieci zdezorientowane łaziły za mną krok w krok.
Wiki milczała, Mati się wymądrzał, że się spóźnimy, że przedszkole zamkną czym dodatkowo ciśnienie mi podnosił.
Spojrzałam na zegarek.
- Rozbierać się!
- Ale dlaczego mamo?
- Bo i tak nie zdążymy.
- A czemu?
- Bo już późno?
- Późno?
- Tak dziecko.
- A dlaczego?
- Bo nie mam kluczy.
- A gdzie są?
- Nie wiem.
- A czemu?
- Mati ucisz się wreszcie!
- A czemu na mnie krzyczysz? - burknął.
Litości...
Zadzwonił telefon.
- I co, znalazłaś? - spytał M.
- Nie
- Kto wczoraj otwierał drzwi?
Zastanowiłam się chwilę...
- Ty -odpowiedziałam przypominając mu sytuację. Już w trakcie rozmowy pomyślałam, że gdzieś jeszcze nie zajrzałam.
Zatem zajrzałam.
Były.
W drzwiach. W zamku. Od strony klatki.
Wisiały sobie od wczorajszego popołudnia.
a juz myslalam,ze Wikusia je do kosza wrzucila:)
OdpowiedzUsuńMaly tak mi raz zrobil,wypatrzylam w ostatniej chwili:)
Tym razem nie, ale nie odnaleźliśmy kluczy M. ciekawe co z nimi się stało?
Usuńsprawdz kosz :)
UsuńJeśli wyrzuciła, to już musztarda po obiedzie, bo szukamy prawie miesiąc :(
UsuńKlucze bardzo lubią się gubić:D
OdpowiedzUsuńzgadzam się. zresztą jeden komplet już zgubiłam, wolałabym nie gubić kolejnego :)
Usuńgrunt, że historia z happyendem!
OdpowiedzUsuńTym razem tak :)
UsuńFajnie, że wszystko dobrze się skończyło :)
OdpowiedzUsuńZapraszam na świąteczną edycję konkursu z firmą PRYMAT : http://book-and-cooking.blogspot.com/2012/11/konkurs-z-firma-prymat-edycja-swiateczna.html
Dziękuję, już zaglądam :)
UsuńNieźle ;) Dobrze, że Was ktoś z zewnątrz nie zamknął ;)
OdpowiedzUsuńO rany, o takiej perspektywie nie pomyślałam.
UsuńSwego czasu mojemu meżowi bardzo często to się zdarzało
OdpowiedzUsuńMi sie raz zdarzyło klucze zgubić. I oby było to po raz pierwszy i ostatni.
UsuńO matko, dobrze, że ktoś podejrzany się nie plątał i nie zabrał tych kluczy, tym bardziej, że to już drugi komplet! ;) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńMasz rację, całe szczęście.
Usuńja tak robię codziennie,od wczoraj telefonu w domu szukałam:/a miałam na milczy,wiec nie mogłam go znalesc,kluczy zapomninam srednio 3 razy w tygodniu!ja ogolnie gdzies w innym swiecie zyje od okresu ciazu:)
OdpowiedzUsuńmaz musi za mnie myslec,bo inaczej juz dom bym kilka razy spalila!
Ojej, toś kobietko roztargniona :)
UsuńTeż mi się tak kiedyś zdarzyło, ale jakąś godzinę później zastukal do mnie sąsiad z góry, żeby mi to łaskawie uświadomić...
OdpowiedzUsuń